5 października 2013

Herbaciane 101.1 czyli czy z torebki może być dobra?

Czy herbata z torebki może być dobra?

Zacznijmy od drobne retrospekcji, przynajmniej dla mnie jest to retro. Lat temu 15 i więcej, gdy do domu przychodzili goście to zawsze parzyło im się herbatę z torebek, herbatę Lipton, yellow label, taki wyznacznik nowego dobrobytu. Bo to z zachodu, bo to lepsze od tych fusów zaparzonych w dzbanku. Jak się po jakimś czasie przekonałem jest to prawda gatunku trzeciego, czyli gówno prawda.
Smaki są niewątpliwie różne i przyznać należy, że Lipton herbatą jest, w przeciwieństwie do niektórych rzeczy sprzedawanych w podobnych torebkach, tyle, że na ogół jest dość paskudną.
I jakkolwiek na ogół optuję za parzeniem fusów w kubku z sitkiem, bądź imbryk, tak niektórych mieszanek nie sposób w tej formie dostać, albo najzwyczajniej nie ma warunków na takie parzenie, ewentualnie jesteśmy leniwi i nie chce nam się wyrzucać fusów, które lubią się przyklejać w dziwnych miejscach.

Wtedy na ratunek przychodzą nam torebki. Mniej lub bardziej znanych marek. I tu krótka lista czego warto spróbować a czego unikać. Nie jest to żadna reklama, po prostu pewien zbiór doświadczeń względem mojego gustu, zachęcam do próbowania we własnym zakresie, a tenże zamieszczam jako pewną wskazówkę. ;)
No to lecimy:

Twinings - zdecydowanie najszersza i najciekawsza moim zdaniem oferta wszelakich blendów. Warto na początek sobie kupić pudełko z różnymi gatunkami i popróbować. Z polecenia godnych rzeczy to Lady Grey, Prince of Wales, Chai, Dajerling. Nie jest tanio, ale na ogół warto (ceny ok. 10zł za pudełko 25)

Dilmah - ciekawe herbaty smakowe, mieszanki bez dodatków raczej nie zwróciły mojej uwagi.

Lipton - trochę fajnych owocówek, kilka ciekawych blendów typu Imperial Earl Grey, yellow label unikać bo to najpodlejszy z podłych english breakfast.

Ahmad - solidne podstawowe gatunki, ceny różne, dość często się zmieniają. Bardzo dobra Ceylon Orange Pekoe, ichni Dajerling taki sobie, raczej na nie.

Sir Roger - polski importer, bardzo dobra jakościowa herbata w przystępnej cenie, da się upolować żółtą, ale cena kosmiczna, inne bardzo tanio, nic wybitnego, ale solidnie.

Lloyd - z tego co pamiętam robi to Mokate, doświadczenia mam raczej przykre, mocno chemiczny posmak earl greya.

Saga - herbatą bym tego nie nazwał, ale owocowe są tanie i całkiem niezłe, przyjemnie to pić w upał.

Także herbatę z torebek pić można, czasem wręcz warto.

Coś więcej i być może jakieś bardziej szczegółowe opisy pojawią się w przyszłości ;)


4 października 2013

Herbaciane 101

Nie jestem ekspertem, co najwyżej amatorem z pewnymi rzutami mentalnego talibstwa jeśli idzie o pryncypia, więc postaram się żeby było prosto i względnie przystępnie. I głównie z głowy ;)

Herbata, napój o kilku tysiącach lat tradycji, głównie na dalekim wschodzie, potem w krajach protestanckich i Rosji, obecnie w zasadzie obecny wszędzie. Ja herbatę piję odkąd pamiętam, głównie czarną, bez cukru (istnieje wyjątek).

To może zacznę od tego jakie są jej rodzaje:

Zielona - najprostsza w produkcji, zbiera się liście, suszy, ewentualnie łamie, prasuje tudzież inaczej formuje i przechowuje. Dużo ludzi przy pierwszym zetknięciu ja zarzuca, gdyż na ogół źle ja zaparzyli. Zieloną herbatę należy parzyć wodą o temperaturze około 85 stopni Celsjusza przez nie dłużej niż 3 minuty. Można próbować cieplejszą wodą, ale wtedy trzeba to robić krócej, albo kapkę chłodniejszą dłużej, jakkolwiek zależności są raczej nieliniowe. ;) Zieloną herbatę można parzyć kilkukrotnie (lepsze torebkowe wersje również), najlepsza na ogół jest z drugiego parzenia, Chińczycy podobno pierwsze w ogóle wylewają. Niektóre rodzaje dają radę nawet i 5 razy, ale to raczej wyjątki, większość zachowuje smak do 3 parzenia.

Biała - w zasadzie to co zielona, aczkolwiek szlachetniejsza. Różnica tkwi w srebrzystych tipach, czyli młodziutkich listkach o biało-srebrnych włoskach, zbieranych z czubka krzewu. Parzymy tak jak zieloną, tyle że troszkę krócej.

Żółta - dość rzadka odmiana, akurat nie wpadła mi w ręce.

Niebieska - czyli wszelkiej maści oolongi, coś pomiędzy herbatą zieloną a czarną. Liście są wytrząsane w koszu aby uszkodzić brzegi i rozpocząć ich utlenianie. Dość specyficzna w smaku. Parzymy w 95* ok. minuty.

Czarna - czyli to co najczęściej w Polsce spotykane. Herbata, której liście przeszły proces fermentacji w środowisku tlenowym. Parzymy w 95 st. 3-5 minut, na ogół, są wyjątki.

Czerwona (Pu-Erh) - herbata post-fermentowana, poddana dodatkowej fermentacji. Parzymy trochę krócej niż czarną.

Ponadto niektóre gatunki mogły zostać poddane dodatkowej obróbce jak np. wędzenie (Keemun, Lapsang Souchong)

Większości polecam spróbować bez dodatku mleka czy cukru, jeśli już bardzo coś zmusza nas do słodzenia, to niech to będzie chociaż cukier brązowy.
Pijcie na zdrowie.

22 maja 2012

Wiosna, wiosna...

Jest zielono, jest do przodu, mogłoby być gorzej, mogłoby być lepiej, a ostatnio jest tak sobie, bo krakowskie powietrze i ta cholerna pogoda wywołują u mnie głęboką chęć skakania z mostu. A tak poza tym łapię paranoję, bo jest dobrze, ale sam nie wiem co jest i czy cokolwiek z tego będzie i przelatują mi przez głowę wszelkie możliwe czarne scenariusze, co prawda bez najbardziej niemiłych, ale takie niesympatyczne dla mnie, blargh, dlaczego ja muszę się albo pospieszyć i wszystko od razu spaprać albo właśnie bać się Bóg wie czego w momencie kiedy kompletnie nic nie wiem, kurwa... Dlaczego muszę być takim głupim, nieśmiałym tchórzem, który się zacina w tych ważnych momentach? Dlaczego robię tak żeby mi było wygodnie tu i teraz a jest mi przez to źle? Część to wina tej jebanej pogody, ale tylko drobna część, ble... Ahoj przygodo, ty kurwo?

18 stycznia 2012

Refleksyjno-melancholijny

Stwierdziłem, że puszczę sobie dziś wieczorem szanty, dawno tej muzyki nie słuchałem. Słucham i zaczyna mi się przypominać to co było 3 lata temu, i jest mi smutno - czemu świat musi schodzić na psy? Jakoś nie miałem problemów ze zmianami, a jednak od jakiegoś czasu jestem poza rzeczywistości, poza głównym nurtem, wszystko dzieje się gdzieś obok, nie wiem nic, nie widzę nic, to mnie przeraża, przez co jestem jeszcze bardziej z boku. Uciekam. Niby poznaję nowych, sympatycznych ludzi, ale miejsce, które uważałem za dom bardziej niż mój dom jest zupełnie inne, nieprzyjazne, albo inaczej zamiast przyjazne to raczej obojętne, może to przerost oczekiwań, ale nie jest dobrze. Popadam w dziwne manie, niektóre stare, niektóre nowe. Gonię duchy i widma i mam tego dość, ale też do końca nie potrafię zaakceptować tego co widzę i co mam w garści... Upór i przywiązanie do pewnych zasad nie zawsze w życiu pomaga.

Na to wszystko nie ma chyba gotowych lekarstw (a może są? może na receptę? może elektrowstrząsy? nie wiem), trzeba pracy itd. Najwyżej rzucę wszystko w cholerę i zostanę drwalem w potężnych lasach Kolumbii Brytyjskiej, a od święta będę nosił pończochy i szpilki, nie no, oczywiście żartuję, nie ma szpilek w moim rozmiarze.

Także ten, see you in Kobierzyn?

1 listopada 2011

Coś nowego?

W sumie nic nowego, ogarnianie rzeczywistości idzie mi coraz gorzej pomimo najlepszych chęci. Jak to mówią dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, tiaa...
Były wakacje, nie ma wakacji, nie ma też już października i nie ma mojego bardzo sympatycznego sąsiada, miał ponad 70 lat, a ruszał się lepiej niż niejeden mój kolega z roku czy nawet młodsze chłopaki, no i bardziej do rzeczy mówił. W ogóle jakoś ostatnio bardziej mnie irytuje sporo ludzi w moim wieku - jakiś stracony rocznik? A może po prostu trafiło się istotne zgęszczenie buców? Nie żeby wszyscy, ale niektórzy to wybitnie. Może po prostu wraca mizandria/mizantropia? Ewentualnie to po prostu instynkt stadny i pozuję na samca alfa. Nie wiem. W każdym razie świat jakoś idzie dalej, chociaż jest coraz mniej miłym miejscem, zimnym, pustym i wyobcowanym, ale jednocześnie w kilku miejscach dzieje się coś nowego i dającego jakąś nadzieję, niestety w mniejszych ilościach.

Obcując z kulturą od czasu do czasu natknie się człowiek na jakiś taki mądry otrzeźwiacz, np film Koterskiego. Człowiek ogląda, śmieje się, śmieje a potem uświadamia sobie, że to o nim. Albo zgoła zaczyna oglądać z taką świadomością, jak również ze świadomością przerysowania i karykatury i coraz bardziej się jednak zaczyn w ten obraz wpasowywać ze swoimi małymi słabościami, małymi problemami, małością tą swoją całą. W ogóle ostatnio mam większe wrażenie niewpasowania w epokę, ale to dłuższa bajka jest a temu misiu oczko wylata. Wracając to film jest dobry, warto obejrzeć i dostać obuchem między oczy, dobrze robi czasem, warto też uważać kiedy się nim dostanie, to chyba o stopniu wrażliwości świadczy, czy coś teges.
J-23 odmeldowuje się.

3 czerwca 2011

Jestem człowiekiem, który dobrze zna Warszawę (LOL)

Trzeci raz pojechałem na Piknik Naukowy Polskiego Radia i Centrum Nauki Kopernik. I tym razem było wyjątkowo zabawnie. Na pociąg ledwo zdążyłem i załapałem się podobnie jak dwa lata temu na miejsce stojące, tym razem jednak nie na korytarzu, a w przedziale dla rowerów.
Podróż upłynęła na plotkach, graniu w pokazywanie haseł i zdupconą grę z pytaniami (to miało jakąś nazwę?) Pociąg przyjechał w miarę planowo, a potem były 3 godziny na Centralnym - zakupki, sikanie i szukanie transportu, bo jedyny tramwaj pod nosem nie jeździ ze względu na objazdy. No i miasto było obstawione smerfami, bo przyjechał "śmierdzący czarnuch". Tak poza tym liczyłem, że dojazd ktoś ogarnie dzień przed. Cóż, znaleźliśmy może nie optymalny, ale jakiś dojazd. Potem była wyprawa po wino i znów zgadywanie.

Dzień właściwy

Czyli śniadanko, Animki na Polsacie i szybko na tramwaj. A potem seria głupich zdjęć pod Ministerstwem Rolnictwa.
Spacerek przez Wspólną, jakiś fajny beat z restauracji i bliska śmierć pod kołami kolumny pancernej (4 radiowozy, samochód BORu z wystawiającym głowę brunet-tuskiem i jakieś limo) na pasach na Placu Trzech Krzyży. Potem się rozkładamy i jedziemy z robotą, ludzi jak zwykle sporo. A, po drodze było jeszcze błaźnienie się na żywo w radiu.
Potem obiad w tej samej Chińsko-Wietnamskiej knajpie co rok wcześniej - bardzo przyjemnie i z zabawnymi widokami - 10 suk po drugiej stronie placu, 30 policjantów w strojach pacyfikacyjnych na spacerku, no i cały plac obstawiony. Impreza w tym roku dłuższa, bo były jakieś vipy, których ja nie widziałem, z vipów widziałem chyba tylko prof. Marciniaka, ale on był duuużo wcześniej, jeszcze przed obiadem. Było spokojnie i duuuużo mniej dziadków twierdzących, że lepiej wiążą krawaty niż w Krakowie. Potem była wycieczka pod Sejm i robienie głuupich zdjęć pod każdą ścianą.

I powrót mocno okrężną trasą, jakieś 4 km niepotrzebnej drogi sporym łukiem na Plac Zbawiciela. A potem tramwaj. I jako jedyny pomyślałem o śniadaniu, co skończyło się tym, ze jako dobrze znam Warszawę (*odgłosy umierania ze śmiechu*), szybko znalazłem na mapie galerię handlową blisko torów, jestem chyba w czepku urodzony, bo była i zdążyłem 15 min przed zamknięciem przebiec przez całą i zrobić zakupy. Zobaczyłem rodowitych Prażan, ze starej Pragi i to było fajne, szkoda, ze było późno i nie było czasu żeby obejrzeć cerkiew, bo odkąd pamiętam to jest coś, co mnie w Warszawie ciekawiło, ta duża cerkiew na Pradze.
Potem był after, długi after. Dwie godziny snu, śniadanie, łapanie tramwaju i mój powrót do Krakowa.
Morał z tego taki, ze wystarczy pamiętać coś dłużej niż 5 min. i umieć posługiwać sie mapą, żeby dobrze znać Warszawę (LOL)

O komiksikach ciąg dalszy

Zgodnie z obietnicą moje wrażenia z lektury rzeczy przywiezionych z KW.
UWAGA! Mogą być spoilery.

Człowiek Bez Szyi
Origin to małe arcydziełko, Włókna Grozy mają świetne tempo, dobrą historię i są bardzo fajnie narysowane - 4 kadr na pierwszej stronie, zabawy z dymkami i CBS nieco trącący tutaj Kleszczem. Poza tym jak dawałem CBSa moim znajomym, którzy komiksów raczej nie czytają i nie są fanami trykociarstwa, to ta historia wywoływała szczery śmiech a nawet łzy :D Angielska Robota mooooooocno przegadana, chociaż mnie bawi taki humor i lubię kreskę Birama. Duszna Sprawa również świetna, w sumie nie wiem nawet co lepsze, ale chyba troszkę Włókna Gruzy, gdzie kostium CBS wygląda jak ze sklepu s&m. Gigantyczny plus całości to okładki, zwłaszcza reklamy innych serii, szczerze liczę, że Sycący Major Nabiał i Teatroman kiedyś powstaną, przynajmniej jako pojedyncze zeszyty.

Scientia Oculta
Pierwszy rozdział trochę nierówny. Jako całość ten komiks wypada świetnie. Czyta się przyjemnie, historia ma w sobie i coś z czarnego kryminału i komedii, przypomina jakiś film, coś co się gdzieś widziało, bo w sumie to taka klisza, ale klisza świetnie zrobiona, coś co dobrze przeszłoby i na zachodzie.

Szkicownik KRLa
3 godziny gapienia się w obrazki i za chwilę człowiek ma znów ochotę.

Z innych rzeczy to są te dziwne komiksy wciśnięte mi przez Ystada są cąłkiem wporzo, nawet jak czyta się je na trzeźwo. Ziny ok. Henryk Kaydan trzyma formę (czyta się to całkiem ok, jest uroczo zabawne)

Także summa summarum z zakupów jestem zadowolony. Teraz tylko czekać do MFK.