Prolog
Jako członek forpoczty naszej elitarnej drużyny wyruszyłem z Krakowa pociągiem o 12.00, jak to zwykle bywa nastąpiły drobne komplikacje w organizacji na wyższym szczeblu i mieliśmy miejsca stojące... Może to nie trzęsienie ziemi jak u Hitchcocka, ale całkiem ładna katastrofa. :-)
Później także było ciekawie - z Centralnego ruszyliśmy zabezpieczyć nasz obóz na Śliwicach - obiekt noclegowy z klasą - ściany z tektury, krzywe drzwi i klimat, którego może pozazdrościć niejeden ekskluzywny hotel. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy na miasto w celu poszukiwania amunicji (cukierków), które to poszukiwania zakończyliśmy sukcesem i małym piwem. Uzbrojeni i gotowi odebraliśmy resztę drużyny z dworca i spożywszy wieczerzę udaliśmy się na spoczynek.
Operacja Piknik
Szybkie śniadanie

...i do boju.
Najpierw rozłożyć rzeczy w namiocie, przygotować mapę, zająć stanowiska bojowe i po chwili oczekiwania nadchodzi pierwsza fala tubylczych zwiadowców. Z wolna okrążają nasz przyczółek, niepewni w zetknięciu z zachodnią cywilizacją, lecz oto wyłaniają się znajome twarze dwóch krajan przebywających w tych obcych stronach w celach badawczych. ;-p

(Na zdjęciu Hans za jakimś dzieciakiem, a po lewej Racław).
A po krótkiej chwili nadciągnęły czarne chmury i lunęło jak diabli, więc musieliśmy szybko wciągać do środka to, co wystawało z namiotu, w dodatku przytłoczeni przez napierających Warszawiaków bez parasoli, którzy szybko zapełnili nasze stoisko. Niemałej radości przysporzyła nam przy okazji gigantyczna kałuża blokująca połowę wejścia oraz studzienka przy naszym stoisku, która dostarczyła nam niemało atrakcji węchowych... :-]
No, tak byłbym zapomniał, że oprócz ekspedycjonistów odwiedziła mnie dwójka znajomych tubylców...

(Bee i ja. Na tym zdjęciu nie wyszedłem kretyńsko, jakimś cudem.)
Trochę czekałem na to spotkanie, no i się pojawili moi internetowi znajomi. Krótki spacer na barbakan musiał wystarczyć za większą część spotkania, ale i tak było fajnie - anegdotki Owca niszczą i miażdżą niczym Bruce Banner, gdy robi się duży i zielony. Szkoda, że nie było więcej czasu na rozmowę, ale mam nadzieję, iż znów nadarzy się okazja, może tym razem w Krakowie.

(Ja i Makowiec - najbardziej awesome zdjęcie jakie posiadam)
Cała zabawa trwała jeszcze całkiem długo - stoisko zwinęliśmy o 20.00 .
Z rzeczy godnych nadmienienia to spożyliśmy jeszcze obiad w przytulnej i wartej polecenia restauracyjce, chyba wietnamskiej, albo chińsko-wietnamskiej, gdzieś na Nowym Mieście - całkiem przyjemne ceny jak na Warszawę, do tego miłą obsługa i przyjemna atmosfera -- trzeba będzie tam wrócić w przyszłym roku. :-)
Tak poza tym odwiedziło nas jeszcze kilkoro znajomych, ale niestety nie dali się sfotografować...
Epilog
Jeszcze przed 22.00 wróciliśmy na nasz nocleg, gdzie "wieczór" spędziliśmy na grze w kalambury i psychologa. Rano po szybkim śniadaniu wpakowaliśmy się do pociągu o 8.00 - tym razem miejsca był siedzące, ba mieliśmy cały przedział dla siebie - i po krótkiej grze w blefa zgadywaliśmy przez dwie godziny hasła.
Podsumowując - strat w ludziach i sprzęcie nie było, impreza się udała, tubylcy byli zadowoleni, a ja spotkałem kilkoro znajomych, których nie widziałem/widziałem bardzo dawno. Zatem pozytywnie i mam nadzieję, że w przyszłym roku również uda mi się pojechać na Piknik, tym optymistycznym akcentem kończę. :-)