1 listopada 2011

Coś nowego?

W sumie nic nowego, ogarnianie rzeczywistości idzie mi coraz gorzej pomimo najlepszych chęci. Jak to mówią dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, tiaa...
Były wakacje, nie ma wakacji, nie ma też już października i nie ma mojego bardzo sympatycznego sąsiada, miał ponad 70 lat, a ruszał się lepiej niż niejeden mój kolega z roku czy nawet młodsze chłopaki, no i bardziej do rzeczy mówił. W ogóle jakoś ostatnio bardziej mnie irytuje sporo ludzi w moim wieku - jakiś stracony rocznik? A może po prostu trafiło się istotne zgęszczenie buców? Nie żeby wszyscy, ale niektórzy to wybitnie. Może po prostu wraca mizandria/mizantropia? Ewentualnie to po prostu instynkt stadny i pozuję na samca alfa. Nie wiem. W każdym razie świat jakoś idzie dalej, chociaż jest coraz mniej miłym miejscem, zimnym, pustym i wyobcowanym, ale jednocześnie w kilku miejscach dzieje się coś nowego i dającego jakąś nadzieję, niestety w mniejszych ilościach.

Obcując z kulturą od czasu do czasu natknie się człowiek na jakiś taki mądry otrzeźwiacz, np film Koterskiego. Człowiek ogląda, śmieje się, śmieje a potem uświadamia sobie, że to o nim. Albo zgoła zaczyna oglądać z taką świadomością, jak również ze świadomością przerysowania i karykatury i coraz bardziej się jednak zaczyn w ten obraz wpasowywać ze swoimi małymi słabościami, małymi problemami, małością tą swoją całą. W ogóle ostatnio mam większe wrażenie niewpasowania w epokę, ale to dłuższa bajka jest a temu misiu oczko wylata. Wracając to film jest dobry, warto obejrzeć i dostać obuchem między oczy, dobrze robi czasem, warto też uważać kiedy się nim dostanie, to chyba o stopniu wrażliwości świadczy, czy coś teges.
J-23 odmeldowuje się.

3 czerwca 2011

Jestem człowiekiem, który dobrze zna Warszawę (LOL)

Trzeci raz pojechałem na Piknik Naukowy Polskiego Radia i Centrum Nauki Kopernik. I tym razem było wyjątkowo zabawnie. Na pociąg ledwo zdążyłem i załapałem się podobnie jak dwa lata temu na miejsce stojące, tym razem jednak nie na korytarzu, a w przedziale dla rowerów.
Podróż upłynęła na plotkach, graniu w pokazywanie haseł i zdupconą grę z pytaniami (to miało jakąś nazwę?) Pociąg przyjechał w miarę planowo, a potem były 3 godziny na Centralnym - zakupki, sikanie i szukanie transportu, bo jedyny tramwaj pod nosem nie jeździ ze względu na objazdy. No i miasto było obstawione smerfami, bo przyjechał "śmierdzący czarnuch". Tak poza tym liczyłem, że dojazd ktoś ogarnie dzień przed. Cóż, znaleźliśmy może nie optymalny, ale jakiś dojazd. Potem była wyprawa po wino i znów zgadywanie.

Dzień właściwy

Czyli śniadanko, Animki na Polsacie i szybko na tramwaj. A potem seria głupich zdjęć pod Ministerstwem Rolnictwa.
Spacerek przez Wspólną, jakiś fajny beat z restauracji i bliska śmierć pod kołami kolumny pancernej (4 radiowozy, samochód BORu z wystawiającym głowę brunet-tuskiem i jakieś limo) na pasach na Placu Trzech Krzyży. Potem się rozkładamy i jedziemy z robotą, ludzi jak zwykle sporo. A, po drodze było jeszcze błaźnienie się na żywo w radiu.
Potem obiad w tej samej Chińsko-Wietnamskiej knajpie co rok wcześniej - bardzo przyjemnie i z zabawnymi widokami - 10 suk po drugiej stronie placu, 30 policjantów w strojach pacyfikacyjnych na spacerku, no i cały plac obstawiony. Impreza w tym roku dłuższa, bo były jakieś vipy, których ja nie widziałem, z vipów widziałem chyba tylko prof. Marciniaka, ale on był duuużo wcześniej, jeszcze przed obiadem. Było spokojnie i duuuużo mniej dziadków twierdzących, że lepiej wiążą krawaty niż w Krakowie. Potem była wycieczka pod Sejm i robienie głuupich zdjęć pod każdą ścianą.

I powrót mocno okrężną trasą, jakieś 4 km niepotrzebnej drogi sporym łukiem na Plac Zbawiciela. A potem tramwaj. I jako jedyny pomyślałem o śniadaniu, co skończyło się tym, ze jako dobrze znam Warszawę (*odgłosy umierania ze śmiechu*), szybko znalazłem na mapie galerię handlową blisko torów, jestem chyba w czepku urodzony, bo była i zdążyłem 15 min przed zamknięciem przebiec przez całą i zrobić zakupy. Zobaczyłem rodowitych Prażan, ze starej Pragi i to było fajne, szkoda, ze było późno i nie było czasu żeby obejrzeć cerkiew, bo odkąd pamiętam to jest coś, co mnie w Warszawie ciekawiło, ta duża cerkiew na Pradze.
Potem był after, długi after. Dwie godziny snu, śniadanie, łapanie tramwaju i mój powrót do Krakowa.
Morał z tego taki, ze wystarczy pamiętać coś dłużej niż 5 min. i umieć posługiwać sie mapą, żeby dobrze znać Warszawę (LOL)

O komiksikach ciąg dalszy

Zgodnie z obietnicą moje wrażenia z lektury rzeczy przywiezionych z KW.
UWAGA! Mogą być spoilery.

Człowiek Bez Szyi
Origin to małe arcydziełko, Włókna Grozy mają świetne tempo, dobrą historię i są bardzo fajnie narysowane - 4 kadr na pierwszej stronie, zabawy z dymkami i CBS nieco trącący tutaj Kleszczem. Poza tym jak dawałem CBSa moim znajomym, którzy komiksów raczej nie czytają i nie są fanami trykociarstwa, to ta historia wywoływała szczery śmiech a nawet łzy :D Angielska Robota mooooooocno przegadana, chociaż mnie bawi taki humor i lubię kreskę Birama. Duszna Sprawa również świetna, w sumie nie wiem nawet co lepsze, ale chyba troszkę Włókna Gruzy, gdzie kostium CBS wygląda jak ze sklepu s&m. Gigantyczny plus całości to okładki, zwłaszcza reklamy innych serii, szczerze liczę, że Sycący Major Nabiał i Teatroman kiedyś powstaną, przynajmniej jako pojedyncze zeszyty.

Scientia Oculta
Pierwszy rozdział trochę nierówny. Jako całość ten komiks wypada świetnie. Czyta się przyjemnie, historia ma w sobie i coś z czarnego kryminału i komedii, przypomina jakiś film, coś co się gdzieś widziało, bo w sumie to taka klisza, ale klisza świetnie zrobiona, coś co dobrze przeszłoby i na zachodzie.

Szkicownik KRLa
3 godziny gapienia się w obrazki i za chwilę człowiek ma znów ochotę.

Z innych rzeczy to są te dziwne komiksy wciśnięte mi przez Ystada są cąłkiem wporzo, nawet jak czyta się je na trzeźwo. Ziny ok. Henryk Kaydan trzyma formę (czyta się to całkiem ok, jest uroczo zabawne)

Także summa summarum z zakupów jestem zadowolony. Teraz tylko czekać do MFK.

15 maja 2011

Komiksiki w Warszawie

Sto lat tu niczego nie pisałem, a o komiksikach, to chyba wcale.
Zacząłem ostatnimi czasy (w tym roku) pałętać się po zlotach i w sumie to jest fajne. Fajne jest poznawanie nowych, pozytywnie zakręconych ludzi, nie tylko z naukowego bagienka, w sumie to nawet aż za fajne, bo naukowo ostatnio robię nic. No, ale wracając do KW. Chciałem przejść się na może 3 panele, z czego na dwa nie poszedłem bo byłem w ciągu alkoholowym. Nie ma to jak wyjść z targów, które, nota bene, w części komiksowej wyglądały biednie, w 20 osób i szukać knajpy. Szwejk nie wypalił, pomysł z parkiem upadł i jak Dem stwierdził, że jest nas za dużo to znalazł kompletnie pusty irlandzki pub. Fajne miejsce, piwo w znośnych cenach. Siedziało się przyjemnie, przez te 4 czy 5 godzin powstały: 3 komiksy, sporo dedykacji (Dziękówa), nowa gra i historia o Janku i audiobooki komiksowe.
Ludzie wchodzili i wychodzili, aż w końcu wszyscy się zebrali i poszli szukać Wisły. Skończyło się to znalezieniem całkiem fajnego skweru. Potem było całe to party w cholernie ciasnym klubie, którego nazwy nie pamiętam a sprawdzać mi się nie chce. Było duszno, cholernie duszno. Posiedziałem, trochę pogadałem, jak to w knajpach. Bitwa była fajna, potem nie było w sumie nic. Wróciłem na nocleg obok prowincjonalnej szkoły kupiectwa. Miałem iść na panel o 10, ale lekkie efekty chlania i podła pogoda jakoś nie zachęciły mnie do 3 godzin czekania na pociąg.

Teraz słów kilka o zakupach. Nieplanowanych nie za bardzo nie było, tzn Ystad wcisnął mi jakieś dziwne komiksy człowieka, którego nikt z kim piłem nie kojarzył, zabawne są. Tak poza tym: Kolektyw, Karton, Biceps, Scientia Oculta, Człowiek Bez Szyi 1 i 2, Szkicownik KRLa, Henryk Kajdan #2 i wspomniane wcześniej dziwne rzeczy. Do tego bardzo fajna Jazda i Hurra będąca PIEPRZONYM OPUS MAGNUM KOMIKSU, EVER! TO JAK DOGMA, tylko KOMIKSOWE i LEPSZE.

Jakieś bardziej szczegółowe recenzje po drugim czytaniu.