30 grudnia, dzień jak dzień, chyba nie ma w nim nic szczególnego, ale tak przy okazji to przedostatni dzień roku, więc całkiem dobry pretekst na jakieś podsumowanie tegoż. Z wielkich i superambitnych planów jak zwykle wyszło nic, czyli w tej kwestii wszystko po staremu. Świat jakoś się kręci, mimo kryzysu, spadających prezydentów, głupich kłótni o krzyż, nieudolności polityków i mojego ogólnego zmęczenia całym tym cyrkiem na kołach. Kręciłby się i tak nawet jakbym słusznie miał go głęboko w dupie zamiast walić się ręką po twarzy czytając co się dzieje, przynajmniej ten daleko, bo ten blisko jakoś tak zaczął się zbyt szybko przesuwać. W sumie jak się siedzi na tyłu to wszystko przesuwa się za szybko, ale nawet jak wstałem i się do czegoś zabrałem to nadal wszystko za szybko się zmienia a mnie wydaje się, ze wylądowałem na bocznicy, zostałem wypchnięty poza wszystkie układy i układziki i jestem pariasem, ale to jak mam gorsze dni, jakiś pms mnie chwyta czy co... A tak poważniej to dużo i szybko się zmienia, i w tym wszystkim jakoś nie bardzo wydaje mi się, żeby to były zmiany na lepsze. To co kiedyś opierało się na zaufaniu i jakimś takim poczuciu wspólnoty zmienia się w sztuczny, papierkologiczny twór, który od zaufania stara się być coraz dalszy, przy okazji wytracając sprawność i mnożąc wąskie gardła, przez co jest jeszcze bardziej obcy. Wszędzie tylko przepychanie odpowiedzialności dalej od siebie, koniec epoki, kiedy wszyscy zainteresowani wiedzieli co i jak, a początek stawiania piramidy i oddzielania profanów od 'wybranych'. No dobra, może to przesada, ale zaczyna mi czymś takim śmierdzieć, coś jakby reminiscencje wujka Józka... Poza tym ludzie jakoś tak łączą sie w pary i uchodzą w cień, znikają z życia zostawiając puste kawałki, a ja nadal stoję w przeciągu. Duperele.
Zepsuł mis ie ostatnio komputer, mam coraz mniej pieniędzy i aktualnie zero perspektyw zarobku, nawet na cholerne korki nikt jakoś się nie zgłasza, dupowato, nie?
Starczy marudzenia, przejdźmy do pozytywów. Wciąż poznaję, nowych, ciekawych i inteligentnych ludzi z którymi mam o czym rozmawiać. Ostatnio sporo czytam, głównie prehistorycznych (jakieś 2 miesiące zaległości) czasopism. Jeżdżę na imprezy (no kto by sie spodziewał). Wybrałem się na konwent i nie dość, ze wróciłem w jednym kawałku, niestety całkiem trzeźwy, to bogatszy o kompletnego Wilqa i nowe znajomości z inteligentnymi i zdatnymi do rozmowy ludźmi. :]
Pewnych rzeczy na ziemi nie ma, ale w nowym roku chciałbym więcej chodzić po górach, te 3-4 razy kiedy udaje mi się wyrwać to zdecydowanie za mało. Poza tym robota, robota i jeszcze raz robota - przydałoby się więcej mobilizacji i jakaś konkretna decyzja co dalej, bo czasu mało, a ścieżek kariery sporo ;]
30 grudnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)