30 grudnia 2010

Jakieś podsumowanie roku czy coś...

30 grudnia, dzień jak dzień, chyba nie ma w nim nic szczególnego, ale tak przy okazji to przedostatni dzień roku, więc całkiem dobry pretekst na jakieś podsumowanie tegoż. Z wielkich i superambitnych planów jak zwykle wyszło nic, czyli w tej kwestii wszystko po staremu. Świat jakoś się kręci, mimo kryzysu, spadających prezydentów, głupich kłótni o krzyż, nieudolności polityków i mojego ogólnego zmęczenia całym tym cyrkiem na kołach. Kręciłby się i tak nawet jakbym słusznie miał go głęboko w dupie zamiast walić się ręką po twarzy czytając co się dzieje, przynajmniej ten daleko, bo ten blisko jakoś tak zaczął się zbyt szybko przesuwać. W sumie jak się siedzi na tyłu to wszystko przesuwa się za szybko, ale nawet jak wstałem i się do czegoś zabrałem to nadal wszystko za szybko się zmienia a mnie wydaje się, ze wylądowałem na bocznicy, zostałem wypchnięty poza wszystkie układy i układziki i jestem pariasem, ale to jak mam gorsze dni, jakiś pms mnie chwyta czy co... A tak poważniej to dużo i szybko się zmienia, i w tym wszystkim jakoś nie bardzo wydaje mi się, żeby to były zmiany na lepsze. To co kiedyś opierało się na zaufaniu i jakimś takim poczuciu wspólnoty zmienia się w sztuczny, papierkologiczny twór, który od zaufania stara się być coraz dalszy, przy okazji wytracając sprawność i mnożąc wąskie gardła, przez co jest jeszcze bardziej obcy. Wszędzie tylko przepychanie odpowiedzialności dalej od siebie, koniec epoki, kiedy wszyscy zainteresowani wiedzieli co i jak, a początek stawiania piramidy i oddzielania profanów od 'wybranych'. No dobra, może to przesada, ale zaczyna mi czymś takim śmierdzieć, coś jakby reminiscencje wujka Józka... Poza tym ludzie jakoś tak łączą sie w pary i uchodzą w cień, znikają z życia zostawiając puste kawałki, a ja nadal stoję w przeciągu. Duperele.
Zepsuł mis ie ostatnio komputer, mam coraz mniej pieniędzy i aktualnie zero perspektyw zarobku, nawet na cholerne korki nikt jakoś się nie zgłasza, dupowato, nie?
Starczy marudzenia, przejdźmy do pozytywów. Wciąż poznaję, nowych, ciekawych i inteligentnych ludzi z którymi mam o czym rozmawiać. Ostatnio sporo czytam, głównie prehistorycznych (jakieś 2 miesiące zaległości) czasopism. Jeżdżę na imprezy (no kto by sie spodziewał). Wybrałem się na konwent i nie dość, ze wróciłem w jednym kawałku, niestety całkiem trzeźwy, to bogatszy o kompletnego Wilqa i nowe znajomości z inteligentnymi i zdatnymi do rozmowy ludźmi. :]
Pewnych rzeczy na ziemi nie ma, ale w nowym roku chciałbym więcej chodzić po górach, te 3-4 razy kiedy udaje mi się wyrwać to zdecydowanie za mało. Poza tym robota, robota i jeszcze raz robota - przydałoby się więcej mobilizacji i jakaś konkretna decyzja co dalej, bo czasu mało, a ścieżek kariery sporo ;]

5 listopada 2010

Znowu jesień

Może bym tu coś napisał, bo w sumie dawno nic nudnego nie pisałem. Jest listopad, nowy rok ciągnie się już od miesiąca, przez który teoretycznie siedziałem na uczelni na etat, a tak w praktyce poopuszczałem kilka porannych wykładów. Nadal kiepsko stoję z motywacją, chociaż jakimś cudem zaliczyłem rok poprzedni a potem pochlałem z komiksowem na MFK, było fajnie, ale dało mi po kieszeni bardziej niż przypuszczałem, no cóż, coś za coś... Myślałem, że przy większym natłoku zajęć znajdę więcej motywacji do pracy, guzik tam... Ale na plus to przynajmniej mniej siedzę na internetach, gram też mniej on-line, co w sumie trochę mnie smuci, ze względu na zainwestowane pieniądze - trudno, takie gry aż tak szybko się nie starzeją, a przynajmniej tak sobie roję... Napisałbym jakie to wielkie i dalekosiężne plany mam na kolejny rok, ale przy moim lenistwie kupa z tego wyjdzie a nie wielkie plany więc lepiej dam sobie z nimi spokój.

25 lipca 2010

Notka wakacyjna #3

Myślenie. Myślenie w moim przypadku bywa problemem – ja albo myślę za dużo albo za mało. Rzadko zdarza mi się myśleć w sam raz. Na ogół tępo obserwuję rzeczywistość lub zagłębiam się w zbyt filozoficzne w swej naturze rozważania, ciężko mi się skupić na pracy, skaczę z tematu na temat, stąpam po płyciznach nie wymagających wysiłku ani zbytniego wgłębiana się, a gdy nie mam wyboru staram się znaleźć jakąś wygodną wymówkę do zamaskowania swojego lenistwa. Zabawne jak trudno zauważyć takie rzeczy żyjąc po prostu z dnia na dzień, wypełniając chwile drobnymi przyjemnościami lub po prostu tępo wpatrując się w ekran. Hedonizm w najczystszej postaci, zero wysiłku, zero nieprzyjemności, brak drobnych celów i tona wymówek. Stan wegetatywny. Do tego generalnie prowadzi niemyślenie. Z kolei przesadne zadumanie sprowadza się do starego powiedzenia, że „drzewa przesłaniają las”. Nie pierwszy raz dochodzę do tego wniosku, no właśnie... Gubi mnie chyba to, że nie mam na ogół planu w szerszej skali taktycznej. Mam bardzo ogólne cele, które chciałbym osiągnąć, gdy się czymś zajmuję umiem szybko opanować sytuację, ale marnie idzie mi w średniej skali, na ogół rzucam się na żywioł, albo poświęcam czas czemuś nieistotnemu. Gubi mnie spontaniczność, która za często wkrada się tam, gdzie powinien tkwić rygor i samodyscyplina. Nieraz sporo zyskuję na takich irracjonalnych zachowaniach, ale tracę dużo gdzie indziej, niestety to nie jest obstawianie katastrof, to raczej czysty chaos.
Wszystko we wszechświecie dąży do stanu jak najniższej energii, entropia, przynajmniej tak mnie kiedyś uczyli w szkole. Zabawne jak ta idea sprawdza się w ekonomii. Ja natomiast osiągnąłem stan, w którym muszę włożyć sporo pracy by coś zmienić, co jest działaniem przeciwnym względem ogólnego biegu rzeczywistości, jak zresztą niemal wszystkie działania ludzkości odkąd istnieje jakakolwiek cywilizacja. „Módl się i pracuj” – tak niewspółczesne a zarazem tak współczesne hasło, które wyraża ideę tego przeciwstawienia się naturze, tej bezsensownej, przynajmniej w bardzo szerokiej perspektywie, walki. Przeciwstawnia wewnętrznego, przeciwstawienia się własnej naturze i prymitywnym instynktom oraz zewnętrznego – przekształcania i budowania świata, tworzenia rzeczy nieistniejących, tworzenia samych nawet idei i abstraktów. Ciekawe, że motorem tego wszystkiego jest banalne lenistwo, przynajmniej od pewnego momentu i też do pewnej granicy, po przekroczeniu której znów wracamy do rytmu wszechświata. Życie lubi zataczać kręgi, wszytko prędzej czy później powraca, w tej czy innej formie, a my tylko drepczemy w kółko. Teraz postrzegamy czas liniowo, zagubiliśmy ten kołowy rytm, który wyczuwali nasi przodkowie i wyczuwają jeszcze „ludy pierwotne”, a być może tak na prawdę jest on wielką sinusoidą, jest jednym i drugim, choć nie jesteśmy w stanie tego dostrzec, tak jak nie jesteśmy w stanie stwierdzić czy jest on ciągły, czy jest tylko ciągiem postrzeganych chwil.
Czas dla mnie, poza byciem dobrym pretekstem do takich rozważań, jest przede wszystkim czymś, czym bardzo rzadko gospodaruję efektywnie. Za często poddaję się różnym humorom, od melancholii, przez znudzenie i autodestrukcyjny nihilizm po euforyczne fascynacje grami, muzyką czy przyjemną lekturą. Na wszystko to znajduję czas, a nie mam go na pracę, nie mam go na monotonię, nie mam go na wysiłek. W jakiś niezbadany dla mnie sposób straciłem przyjemność pracy i myślenia, to umiłowanie wiedzy, które napędzało mnie przez kilka ostatnich lat. Wiem co chciałbym osiągnąć, mam jakieś zainteresowania, ale praca nad pogłębianiem większości mojej wiedzy nie sprawia mi przyjemności, ba staje się nieraz przykrym wysiłkiem, co sprawia, że bywa ona czynnością wielce odstręczającą. Nie umiem pokonać tkwiącego we mnie umiłowania własnej wygody, co w tej kwestii byłoby wielce pomocne. Rozwiązaniem być może solidne i rygorystyczne planowanie i przede wszystkim trzymanie się tych planów, może nie dzięki motywacji a sztucznie stworzonemu przyzwyczajeniu, które wszak jest drugą naturą człowieka. Zatem witajcie tabelki i schematy pracy, żegnaj wygodny marazmie!

Notka wakacyjna #2

Deszcz, w końcu przyszedł deszcz i zmył upał – coś niebywale przyjemnego w swej prostocie. Pogoda, coś co po prostu jest, na co nie mamy zazwyczaj większego wpływu, a jednak potrafi szalenie irytować lub też sprawiać radość. Mnie na ogół nie przeszkadza, chyba, że przez dłuższy czas jest gorąco lub jest gorąco i wilgotno, bo co jak co, ale wolę jednak skwar niż duszne piekło. Przede wszystkim jednak nie znoszę monotonii – bezchmurne niebo przez ponad tydzień nuży mnie, podobnie stalowy odcień chmur.
Lubię deszcz, zazwyczaj deszcz oznacza jakąś ciekawą zmianę, a zdecydowanie oznacza brak skwaru. Deszcz niesie pewien przyjemny rodzaj melancholii, można po prostu stać przed oknem z kubkiem dobrej herbaty i sobie powzdychać. Można popracować, można z kimś pogadać przez telefon, a można też posiedzieć w jakimś barze. Deszcz zawsze daje wygodny pretekst. Można też skakać po kałużach, śpiewać i cieszyć się każdą padającą na twarz kroplą. Dla każdego coś się znajdzie. To tylko kilka powodów, dla których lubię deszcz, przynajmniej tych bardziej racjonalnych. Nic oprócz dnia pełnego wysiłku nie pozwala spać tak dobrze jak solidna burza za oknem. Deszcz uspokaja, pozwala spojrzeć na pewne rzeczy inaczej, ale potrafi być męczący, co pokazał mi w maju. W sumie to nie sam deszcz był męczący, ale bardziej podniesiona Wisła, panika, ewakuacje i podtopienia. Sam deszcz był tylko monotonny.

Notka wakacyjna

Zabawne jak bardzo czasem nasze postrzeganie zależy od skali miejsca w którym aktualnie się znajdujemy. 2 km to tak na prawdę bardzo niewiele – 20 min marszu niezbyt szybkim krokiem, ale w niewielkiej, podupadającej wiosce wydaje się sporym dystansem. Być może to kwestia postrzegania poprzez otoczenie, jeśli widzimy jedną, główną ulicę i niewiele poza nią – niska zabudowa, pojedyncze domy, to niejako wszystko oddala się i rozciąga, staj bardziej „horyzontalne”. Odwrotnie w dużym mieście, nawet przy niewysokiej zabudowie odległość traci poniekąd na znaczeniu, staje się rzeczą mniej istotną od czasu, choćby ze względu na powszechność transportu zbiorowego, ale też przez to, że nie odczuwa się tego jednego dominującego kierunku, jest się otoczonym domami, innymi ludźmi. Zupełnie zgoła inaczej jest znów w górach – tam ani odległość ani czas nie mają tak wielkiego znaczenia, podstawową rzeczą jest zmęczenie i piękno, czas odlicza się dniami, a odległość możliwością noclegu – sytuacja idealna, przynajmniej jeśli idzie o wypoczynek.
Jakoś przestałem ostatnio lubić rodzinne wakacje w coraz bardziej zapadłej wiosce mojej babci – nie ma tu nic do roboty, choć teoretycznie powinienem skupić się na wysiłku intelektualnym, to upalne lato nie ułatwia mi tego na tym dobrowolnym wygnaniu, gdzie miałem zapomnieć o trapiących mnie wytworach mojej głupoty i zająć się pracą. Generalnie pogoda jest z lekka dobijająca, choć nie ma na mnie aż takiego wpływu jak w latach ubiegłych – 38 stopni i nie próbuję chować się pod ziemię, choć niewątpliwie nie są to warunki komfortowe... Tak więc samotna wieś mnie nudzi, podobnie pobliskie miasto, rodzinne spotkania są raczej nudne lub irytujące – brak tematów do rozmowy, zbywanie głupich uwag i idiotycznych pytań tudzież wysłuchiwanie plotek, które kompletnie mnie nie interesują, bo po protu nie mam pojęcia kogo dotyczą – jednym słowem cudnie.
Pobliskie miasta nie są wcale lepsze od zapadłej wioski – nie ma tam praktycznie nic prócz marketów, chociaż Legnica była niegdyś potężnym ośrodkiem handlowym, stolicą potężnego piastowskiego księstwa, to teraz jest dziurą, zapadłą i resztkami sił próbującą podnieść się z upadku, jednak moim zdaniem bezskutecznie. Mniejszy, powiatowy Jawor o dziwo trzyma się lepiej, ale to po prostu chyba kwestia skali – mniejsza wysokość – mniejszy upadek – jest chociaż targ i całkiem ciekawy rynek, czasem Targi Chleba. Brak wielkich oczekiwań nie rodzi wielkiego rozczarowania.
Apropos miast, to studia w Krakowie powodują we mnie pewne rozdarcie – Bielsko wydaje mi się nieco ciasne, pustawe, choć mam tam czasem z kim pogadać, czasem uda mi się zjechać ze znajomymi z liceum, czy po prostu wpaść do którejś z moich szkół. Za to chleb jest drogi, komunikacja miejska irytująca, co zresztą jest tematem na całkiem spory artykuł dotyczący chamstwa i nieprofesjonalizmu. Kraków ma ohydną wodę, nie ma gór, no i nie udało mi się jeszcze znaleźć mojej ulubionej herbaty, ba nawet wybór herbat w Tesco ostatnio się pogorszył, a tak się cieszyłem na początku na półki pełna Ahmada i Twinningsa, cóż... Tak się zastanawiam, gdzie będzie mi lepiej i nie jestem w stanie zdecydować – jedno i drugie ma swoje wady i zalety, chociaż niektóre wartościuję zdecydowanie irracjonalnie (woda, na Thora, ta woda jest straszna, czasem znośna, ale raczej straszna), więc nie wiem co postanowię za kilka lat, gdy przyjdzie mi tą decyzję podjąć...
Wracając do mojej rodziny, to czasem przebywanie z nimi przez dłuższy czas wywołuje we mnie wrażenie głębokiej mizantropii, choć na ogół nie uważam się za mizantropa. W sumie zastanawia mnie, co na ten temat miałaby do powiedzenia jedna z moich przyjaciółek, to mogłoby być interesujące lub nader spodziewane, tak, to mogłoby być nader spodziewane, przynajmniej w tej kwestii... Czasem mam, zapewne mylne, wrażenie, że zasadnicza część mojej rodziny składa się z samych nieudaczników lub nudziarzy – wiecznie narzekają, sprawiają wrażenie niezadowolenia swoim losem i kompletnego braku chęci zmian, co chyba jest jakimś uwarunkowaniem genetycznym, a przynajmniej przenosi się dość łatwo przez kontakt bezpośredni, bo sam miewam takie stany, na szczęście niezbyt często, lub zwyczajnie przynudzają, co nie jest tragiczne, choć bywa męczące. Oprócz tego trafiają się totalne ciapciaki, przynajmniej w pewnych kwestiach, zabawne jak szybko można ludzi oceniać na podstawie drobnostek, ale cóż, życie jest okrutne a ludzie wredni albo głupi, ech ta mizantropia...
Okiem nieco postronnego obserwatora w retrospektywie zauważam, że tracę kontakt z rodziną – praktycznie nie rozmawiam z tymi kuzynami, z którymi kiedyś spędzałem pół wakacji, drogi się rozchodzą, w innych irytują mnie wady, które do tej pory mnie nie ruszały, prawie z nikim nie mam wspólnych tematów rozmowy, bo wszyscy są albo za starzy, albo za mali, albo moim zdaniem przestali być zdatni do rozmowy ze względu na ogłupienie wieku młodzieńczego – pod pewnymi względami przypominają mi irytujących sąsiadów z akademika, z resztą rodziny kontaktu prawie nie utrzymywałem i w sumie jakoś mi nie robią, nigdy nie robili. Czy jestem dupkiem? Jakoś się nim nie czuję. Czy powinienem? Nie wiem, choć wydaje mi się, że nie...
Chyba znakiem czasów jest ten zanik więzi plemiennych, czynimy członkami naszego stada coraz bardziej oddalonych od nas genetycznie ludzi, jednakże zazwyczaj ludzi bliskich w jakiś bardziej racjonalny sposób – czy to przez wspólne zainteresowania, czy pewien sposób bycia – zazwyczaj istnieje jakiś element wspólny, bywa, że banalny, ale jednak. Czasem łączy jakiś wspólny cel, jakaś idea, coś większego, i nie chodzi mi o jakieś propagandowe banały czy tzw. „Wartości”, ale o rzeczy proste, jak np. Koło, które jest dla mnie nadal ideą unikatową, zresztą mój wydział jest dość dziwny względem tego, co słyszę od znajomych studiujących na innych. Znowu dobiłem do mojej codzienności, w sumie do jedynego kawałka, w którym wykazuję jakąś większą aktywność, choć ostatnio i tam zaglądał marazm, a przede wszystkim spychologia stosowana.
Wracając jednak do wakacji to pogoda jednak mnie męczy, choć nie w tak bezpośredni i oczekiwany sposób – męczą mnie noce – duszne, parne i pełne insektów, choć są jedynym momentem wytchnienia od palącego słońca, które męczy tak czy siak, ale jednak nie mam natychmiast ochoty zakopać się pod ziemię. Mam nadzieję, że pogoda poprawi się w końcówce lipca i będę mógł wybrać się na trochę w góry i na tej optymistycznej myśli o pogodzie zakończę, zanim zacznę kręcić się w kółko.

13 maja 2010

Deszczowe smęty

Zadziwiające jak wiele idiotycznych myśli kłębi się w głowie i jak wiele sztucznie wydumanych problemów człowiek ma, gdy przestaje być obojętnym dupkiem i zaczyna układać sobie świat według zupełnie innego schematu niż uprzednio. A no i nie zapominajmy o dumaniu nad nonsensownym dumaniem - meta-warstwa umysłu zagłębia się jeszcze bardziej w to wszystko... Błędne koło, nie? Wydaje mi się jednak, że bez kawałka tej gmatwaniny czegoś by mi brakowało, chociaż za dużo jej ostatnio, a ja sam za bardzo się w tym wszystkim plątam, zamiast skupiać się na pracy. Nikt jednak nie obiecywał, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie, taaa...
Na co chciałem dziś ponarzekać? W sumie to raczej pomarudzić, ze smutno mi na świecie i znowu jestem samotny wśród ludzi - są ze 4 osoby z którymi jestem w stanie całkiem szczerze i otwarcie porozmawiać, no w sumie 2, bo ja bardzo wolno się otwieram i na ogół unikam konkretów, bo nie lubię męczyć innych moimi zmyślonymi problemami skoro sam nie potrafię sobie z nimi poradzić... I przez te wydumane i sztuczne problemy, które sam tworzę, gapię się smutno w okno i wzdycham. No może nie są to aż tak sztuczne i wydumane twory, ale wpędzają mnie w deszczowo-liryczny nastrój.
Początkowo miało być o melancholii, ale jakoś tak kształtuje mi się ten strumień świadomości, że nie zmierza w tym kierunku, a raczej oddala się w inne rejony.
Generalnie we wszystkim najgorzej jest zacząć, a mnie tak bardzo nie chce się do niczego konkretnego zabierać, że nie wiem co ze sobą zrobić i tu chyba leży pies pogrzebany (i śmierdzi skubaniec jak cholera). Najchętniej kopnąłbym się w takich momentach w twarz, ale potem mi się odechciewa i na ogół twórcze lenistwo przeobraża się w marazm, paskudna sprawa jak już się w tym utknie - zupełnie jak ja.
Wracając do moich problemów komunikacyjnych to też chodzi głównie, o to, ze nie wiem jak poradzić sobie z początkiem, a jak już jakoś nad nim przebrnę to na ogół zapominam o co mi chodziło, albo nadziewam się na coś czego nie umiem zrozumieć, głównie przez te moje wydumane sztuczne twory w głowie. Jakby nie patrzeć to jest trudno, ale przecież mogłoby być gorzej, przecież mógłbym się obudować jeszcze bardziej i w ogóle nie próbować wyłazić na zewnątrz - i skończyć jak Pink... Ciekawe, że jak mam depresyjny nastrój słucham jeszcze bardziej depresyjnej, ciężkiej i intelektualnie wymagającej a zarazem wyniszczającej muzyki.
Jakby ktoś chciał mi zasadzić kopa w kierunku pracy ot zachęcam, a jeszcze chętniej z kimś bym pogadał, z kimś konkretnym, kto może znajdzie dość czasu, żebym pozbierał ot co mam w głowie i wylał z siebie, może bardzie uporządkowane niż ten strumień świadomości i ględzenia, który jest tanią namiastką katharsis z domieszką samobiczowań i mentalnego masochizmu (nie ma to jak odrobina sarkazmu na deser, nie?). Także jeśli znajdziecie dla mnie czas to będzie miło, wiecie gdzie mnie szukać jakby co, a i tak fajnie, że jesteście. (taka mała dedykacja dla tej 4)

16 kwietnia 2010

I've got bike, you can ride it if you like...

Przed Wielkanocą, gdy w końcu zrobiło się ciepło postanowiłem zrealizować jedno z moich postanowień na ten rok i zakupić jednoślad. Po krótkich poszukiwaniach znalazłem komis a w nim taką ładną holenderkę:


Jeździ się bardzo przyjemnie, nie licząc mojego pecha i absolutnego braku praktycznej umiejętności jazdy po ulicy (nikogo jeszcze nie zabiłem), no i tych pieprzonych, dziur 0,5m X 0,5m X 0,5m - czy nikt u licha tego nie łata?

Na uczelnię jak na razie wybrałem się raz - ze względu na brak czasu i pogodę - i skończyło się to zahaczeniem o bliskie okolice Tyńca (widziałęm tiry, a Klasztor to już bardzo wyraźnie). Normalna trasa jest jednakże przyjemna i przy lepszej pogodzie mam zamiar ten eksperyment ponawiać omijając jednak Tyniec.

Z ogólnych obserwacji to Kraków jest dla rowerzystów raczej wygodny, nie licząc obrzeży, gdzie na wiejskich drogach kierowcy nie bardzo umieją się zachować i próbują człowieka wepchnąć na krawężnik/do rowu, także jazdę rekreacyjną i praktyczna serdecznie polecam. (-;

2 kwietnia 2010

Krótka refleksja na temat bycia bezrefleksyjnym

Krótka refleksja na temat bycia bezrefleksyjnym

Ostatnio doszło do mnie, że tak właściwie przez ostatnie dwa lata kompletnie nie zastanawiałem się na tym, co robię, a krótkie chwile zastanowienia spowodowane były, tym, ze coś zawaliłem...
A świat jest takim niesłychanie zadziwiającym miejscem – może to brzmi jak banał, ale to prawda.
Skąd ta nagła zmiana? W sumie to dzięki dwóm wspaniałym dziewczynom i jednemu świetnemu facetowi – mam to szczęście, że spotykam ciągle bardzo mądrych ludzi.
Wracając jednak do bycia bezrefleksyjnym, to jest to rzecz absolutnie wygodna i szalenie pociągająca – nie wymaga niemal żadnego wysiłku, poza momentami tłumienia nadchodzących refleksji. Jednakowoż jest to śmiertelna pułapka, która prowadzi do hedonistycznej stagnacji, intelektualnej impotencji i w konsekwencji do egzystencjalnej pustki. Paskudna pułapka i do tego cuchnąca, chociaż potrafi odwlekać rzeczy nieprzyjemne, ale nie w nieskończoność.
Bez refleksji nad otaczającym światem człowiek staje się czymś na kształt wydmuszki – ma formę, ale znika gdzieś treść i po krótkiej chwili zastanowienia można odkryć, że jest się nie wiadomo gdzie...
Pierwszą potrzebą w stanie bezrefleksji jest własna wygoda, drugą czysta przyjemność – człowiek wypełnia czas głównie rzeczami nieistotnymi, nie próbując wypełniać wewnętrznej pustki, zostaje w końcu tylko cienka skorupka pchana naprzód siłą bezwładu. Skąd się to bierze?
W moim przypadku trochę ze strachu – przed światem i samym sobą oraz z niekontrolowanego lenistwa i wygody.
Pora więc na długą i nieco Freudowską retrospekcję.

Od początku do teraz...

Od wczesnego dzieciństwa byłem wunderkindem, zachowywałem się nad wiek roztropnie, miałem spiorą wiedzę, którą chłonąłem na potęgę z rozsądnej wtedy jeszcze telewizji i czegoś tak cudownego jak kanał Discovery, który z telewizją ma mało wspólnego, jest jak Kilimandżaro. Czytałem książki na potęgę, co zresztą do dziś mi zostało, chociaż coraz więcej czasu zdarza mi się poświęcać na bzdury... W szkole poprawiałem nauczycieli, biłem dzieci i zasadniczo nie miałem zbyt wielu kolegów. Miałem za to później szczęście do świetnych nauczycieli – mądrych i potrafiących rozbudzić moje zainteresowania, a przede wszystkim takich, którzy chcieli ze mną dyskutować zamiast ustawiać do pionu – do dziś jestem im za to wdzięczny. Bardzo dużo wszystkim zawdzięczam i chyba tylko dwójkę źle wspominam ze względu na ich kompletny brak umiejętności dydaktycznych, ale nie jest to szczególnie istotne. Mając lat około 14 zacząłem fascynować się muzyką – czymś co nieszczególnie mnie wcześniej interesowało, w ogóle bardziej zaczęła mnie też interesować kultura wysoka, zawdzięczam to dwóm wspaniałym nauczycielkom – mojej anglistce i polonistce.
Później przyszło liceum i pierwsze niepowodzenia spowodowane nadmierną pewnością siebie. I pierwsze błędy, bo po dziewięciu latach sukcesów i stania na piedestale czułem się jak Nietzscheański Übermensch, otoczony grubym murem zimnej obojętności, na który mogłem sobie wcześniej pozwolić. Dlaczego? Bo w pewnym momencie człowiek zastanawia się nad własną wartością i w moim przypadku nastąpiło wartościowanie względem innych – na ogół byłem po prostu lepszy, a przynajmniej tak uważałem, ale pycha bywa zgubna – człowiek popada w samozadowolenie. Dopóki trzyma się poziom i robi równe postępy nie jest źle, ale gdy widzisz, że inni zaczynają Cię przeganiać jest już źle.
Do dziś żałuję, że straciłem prawie rok nie chodząc na kółko i nie startując w Olimpiadzie, a przede wszystkim wkładając bardzo niewiele pracy względem moich możliwości. I nadal tak robię, co często mnie boli i wywołuje kolejne nieudane próby zmian...
Generalnie było jednak więcej dobrych momentów – przede wszystkim zyskałem kilkoro przyjaciół, całkiem sporo dobrych kolegów i całą masę wspomnień. Poza tym bardzo lubię tam wracać, to fajne miejsce, w ogóle wszystkie moje szkoły były bardzo fajnymi miejscami.

A teraz studia, studia o których marzyłem i które w głupi i banalny sposób zawalam.
Dziwna rzecz, ale im dalej w życie idę tym więcej inteligentnych i życzliwych ludzi spotykam, a mimo to czuję się nieswojo, mały, pusty w środku i niepotrzebny – poniekąd jest to efektem wartościowania siebie jakie przyjąłem – górne stany średnie to najlepsze na co mogę w tej chwili liczyć, zwłaszcza jadąc tylko na zdolnościach, wkładając minimalne ilości pracy, tak...
Wróćmy jednak do ludzi. Zasadniczo, odkąd pamiętam miałem z nimi większe lub mniejsze problemy, przynajmniej dopóki nie zauważali, że ja stoję gdzieś hen na szczytach. Z czasem góry się obniżały, ale też pojawił się inny problem, problem, który jakaś część mnie definiuje jako spowodowany wydzielaniem silnych opioidów bezpośrednio do mózgu, a inna jako coś pięknego. Nigdy nie umiałem wyrażać uczuć, to chyba kwestia tego, że byłem racjonalny i opanowany, ewentualnie spuszczałem komuś manto lub się wyzłośliwiałem (to ostatnie nadal sprawia mi nieraz przyjemność), a chyba przede wszystkim tego, że pewnych uczuć na ogół nie doświadczałem i/lub uważałem okazywanie ich za słabość. Może też jestem po prostu zamkniętym w sobie introwertykiem, trochę bojącym się samego siebie i innych. Doszedłem chyba jednak do takiego momentu, w którym nie było już wyboru – nie wiem jak, ale się zakochałem, dziwne, bo nikt się tego po mnie nie spodziewał, w sumie ja chyba też... Już mi przechodzi, choć nadal odczuwam czasem efekty odstawienia opioidów – skoki ciśnienia, trzęsące się ręce, niepokój. Zabawne, ze człowiek potrafi się aż tak przywiązać do pierwszej bardzo życzliwej i naprawdę otwartej na drugiego człowieka osoby, a jednocześnie nie zauważyć, że to co uważa za przyjaźń z jego strony zmienia się w coś co nie ma sensu, coś o czym wie, że nie ma sensu od dość dawna – durna biochemia i brak refleksji...
Było nie było głupi ma zawsze szczęście, a ja to chyba jestem w czepku urodzony i trafiam na mądrych ludzi, za których przyjaźń jestem wdzięczny każdego dnia – brzmi jak głupi banał z taniego filmu dla młodzieży, ale akurat to prawda.

Tu docieramy do chwili obecnej i tego co konkretnie skłoniło mnie do tych wszystkich przemyśleń. Po pierwsze kończy się Post, trwa Triduum Paschalne – przełomowy moment roku, koniec okresu zadumy i objawienie się wielkiej Tajemnicy Zbawienia, Coś, co skłania, a przynajmniej powinno skłaniać do refleksji nad sobą.
Po drugie pewna mądra osoba, która twierdzi, że uparcie dążę do jakiegoś celu, chciałbym wiedzieć do jakiego...
Tu pojawia się przypadkowo a zarazem nieprzypadkowo powód trzeci – pewien mądry facet, który mówił o innym mądrym facecie – Witkacym i tym co pokazywał.
Wszystko to skłoniło mnie do zastanowienia się nad tym gdzie ja właściwie jestem, czego chcę i dokąd zmierzam. Wnioskiem okazał się przykry fakt bycia wspomnianą na początku wydmuszką, ale po tym wszystkim co tu napisałem, chyba nie jest aż tak źle. Wydaje mi się, że są pewne rzeczy, które mogę sobie nadal stawiać za cel, nie wiem jak daleki, ale osiągalny przy odpowiedniej determinacji. Nie jestem pewien czy są one tym celem, który był powodem drugim, ale w jakiś sposób są w stanie nadać mi treść.
Wciąż pozostaje wiele otwartych dla mnie pytań i niejasności odnośnie samego siebie, ale jestem już w pełni świadom, że uciec się od nich nie da. Jedną z takich rzeczy jest ten cel, drugą stwierdzenie innej bardzo mądrej osoby, że jestem bardzo szczery, trzecią odwieczny głos w mojej głowie racjonalnie rozpatrujący rzeczywistość niezależnie od sytuacji, część mnie analizująca mnie nieustannie... Przede wszystkim jednak znów myślę, więc mogę być!

5 marca 2010

Wielki Kombak

Od czego by tu zacząć? W sumie chyba od tego, że pomimo całkowitego i wszechogarniającego lenistwa nic tu nie napisałem od pół roku... W sumie nie bardzo było o czym albo po prostu mi się nie chciało.
Wychodzi na to, ze nie słucham siebie - znów się obijałem, ale że jestem chyba w czepku urodzony poszło lepiej niż poprzednio, no i miałem trochę uciechy z niektórych komentarzy w moim egzaminie... ;-p
Ale wypadałoby skomentować ten rok od początku, no więc jestem w zarządzie, miałem marny plan, teraz mam trochę lepszy, poznałem sporo sensownych ludzi, którzy w tym roku zaczęli studia i przyłączyłem się do TeXowania niefirmowych rozwiązań z OM, więc generalnie jest na plus. Tak poza tym to planuję zredukować trochę moje nałogi - mniej grać i nie kupować ciepłych ciasteczek z czekolada w awiteksie (to drugie jest chyba niewykonalne)i na wiosnę kupić sobie rower - na kampus raptem 7 km, więc powinienem wyrobić w tyle co autobusem, a przy okazji poprawić sobie kondycję. Zobaczymy co z tego wyjdzie...
Tak, wiem, że pisze chaotycznie, ale w sumie nie mam czasu tego poskładać, bo prokrastynuję ;-p