Krótka refleksja na temat bycia bezrefleksyjnymOstatnio doszło do mnie, że tak właściwie przez ostatnie dwa lata kompletnie nie zastanawiałem się na tym, co robię, a krótkie chwile zastanowienia spowodowane były, tym, ze coś zawaliłem...
A świat jest takim niesłychanie zadziwiającym miejscem – może to brzmi jak banał, ale to prawda.
Skąd ta nagła zmiana? W sumie to dzięki dwóm wspaniałym dziewczynom i jednemu świetnemu facetowi – mam to szczęście, że spotykam ciągle bardzo mądrych ludzi.
Wracając jednak do bycia bezrefleksyjnym, to jest to rzecz absolutnie wygodna i szalenie pociągająca – nie wymaga niemal żadnego wysiłku, poza momentami tłumienia nadchodzących refleksji. Jednakowoż jest to śmiertelna pułapka, która prowadzi do hedonistycznej stagnacji, intelektualnej impotencji i w konsekwencji do egzystencjalnej pustki. Paskudna pułapka i do tego cuchnąca, chociaż potrafi odwlekać rzeczy nieprzyjemne, ale nie w nieskończoność.
Bez refleksji nad otaczającym światem człowiek staje się czymś na kształt wydmuszki – ma formę, ale znika gdzieś treść i po krótkiej chwili zastanowienia można odkryć, że jest się nie wiadomo gdzie...
Pierwszą potrzebą w stanie bezrefleksji jest własna wygoda, drugą czysta przyjemność – człowiek wypełnia czas głównie rzeczami nieistotnymi, nie próbując wypełniać wewnętrznej pustki, zostaje w końcu tylko cienka skorupka pchana naprzód siłą bezwładu. Skąd się to bierze?
W moim przypadku trochę ze strachu – przed światem i samym sobą oraz z niekontrolowanego lenistwa i wygody.
Pora więc na długą i nieco Freudowską retrospekcję.
Od początku do teraz...Od wczesnego dzieciństwa byłem wunderkindem, zachowywałem się nad wiek roztropnie, miałem spiorą wiedzę, którą chłonąłem na potęgę z rozsądnej wtedy jeszcze telewizji i czegoś tak cudownego jak kanał Discovery, który z telewizją ma mało wspólnego, jest jak Kilimandżaro. Czytałem książki na potęgę, co zresztą do dziś mi zostało, chociaż coraz więcej czasu zdarza mi się poświęcać na bzdury... W szkole poprawiałem nauczycieli, biłem dzieci i zasadniczo nie miałem zbyt wielu kolegów. Miałem za to później szczęście do świetnych nauczycieli – mądrych i potrafiących rozbudzić moje zainteresowania, a przede wszystkim takich, którzy chcieli ze mną dyskutować zamiast ustawiać do pionu – do dziś jestem im za to wdzięczny. Bardzo dużo wszystkim zawdzięczam i chyba tylko dwójkę źle wspominam ze względu na ich kompletny brak umiejętności dydaktycznych, ale nie jest to szczególnie istotne. Mając lat około 14 zacząłem fascynować się muzyką – czymś co nieszczególnie mnie wcześniej interesowało, w ogóle bardziej zaczęła mnie też interesować kultura wysoka, zawdzięczam to dwóm wspaniałym nauczycielkom – mojej anglistce i polonistce.
Później przyszło liceum i pierwsze niepowodzenia spowodowane nadmierną pewnością siebie. I pierwsze błędy, bo po dziewięciu latach sukcesów i stania na piedestale czułem się jak Nietzscheański Übermensch, otoczony grubym murem zimnej obojętności, na który mogłem sobie wcześniej pozwolić. Dlaczego? Bo w pewnym momencie człowiek zastanawia się nad własną wartością i w moim przypadku nastąpiło wartościowanie względem innych – na ogół byłem po prostu lepszy, a przynajmniej tak uważałem, ale pycha bywa zgubna – człowiek popada w samozadowolenie. Dopóki trzyma się poziom i robi równe postępy nie jest źle, ale gdy widzisz, że inni zaczynają Cię przeganiać jest już źle.
Do dziś żałuję, że straciłem prawie rok nie chodząc na kółko i nie startując w Olimpiadzie, a przede wszystkim wkładając bardzo niewiele pracy względem moich możliwości. I nadal tak robię, co często mnie boli i wywołuje kolejne nieudane próby zmian...
Generalnie było jednak więcej dobrych momentów – przede wszystkim zyskałem kilkoro przyjaciół, całkiem sporo dobrych kolegów i całą masę wspomnień. Poza tym bardzo lubię tam wracać, to fajne miejsce, w ogóle wszystkie moje szkoły były bardzo fajnymi miejscami.
A teraz studia, studia o których marzyłem i które w głupi i banalny sposób zawalam.
Dziwna rzecz, ale im dalej w życie idę tym więcej inteligentnych i życzliwych ludzi spotykam, a mimo to czuję się nieswojo, mały, pusty w środku i niepotrzebny – poniekąd jest to efektem wartościowania siebie jakie przyjąłem – górne stany średnie to najlepsze na co mogę w tej chwili liczyć, zwłaszcza jadąc tylko na zdolnościach, wkładając minimalne ilości pracy, tak...
Wróćmy jednak do ludzi. Zasadniczo, odkąd pamiętam miałem z nimi większe lub mniejsze problemy, przynajmniej dopóki nie zauważali, że ja stoję gdzieś hen na szczytach. Z czasem góry się obniżały, ale też pojawił się inny problem, problem, który jakaś część mnie definiuje jako spowodowany wydzielaniem silnych opioidów bezpośrednio do mózgu, a inna jako coś pięknego. Nigdy nie umiałem wyrażać uczuć, to chyba kwestia tego, że byłem racjonalny i opanowany, ewentualnie spuszczałem komuś manto lub się wyzłośliwiałem (to ostatnie nadal sprawia mi nieraz przyjemność), a chyba przede wszystkim tego, że pewnych uczuć na ogół nie doświadczałem i/lub uważałem okazywanie ich za słabość. Może też jestem po prostu zamkniętym w sobie introwertykiem, trochę bojącym się samego siebie i innych. Doszedłem chyba jednak do takiego momentu, w którym nie było już wyboru – nie wiem jak, ale się zakochałem, dziwne, bo nikt się tego po mnie nie spodziewał, w sumie ja chyba też... Już mi przechodzi, choć nadal odczuwam czasem efekty odstawienia opioidów – skoki ciśnienia, trzęsące się ręce, niepokój. Zabawne, ze człowiek potrafi się aż tak przywiązać do pierwszej bardzo życzliwej i naprawdę otwartej na drugiego człowieka osoby, a jednocześnie nie zauważyć, że to co uważa za przyjaźń z jego strony zmienia się w coś co nie ma sensu, coś o czym wie, że nie ma sensu od dość dawna – durna biochemia i brak refleksji...
Było nie było głupi ma zawsze szczęście, a ja to chyba jestem w czepku urodzony i trafiam na mądrych ludzi, za których przyjaźń jestem wdzięczny każdego dnia – brzmi jak głupi banał z taniego filmu dla młodzieży, ale akurat to prawda.
Tu docieramy do chwili obecnej i tego co konkretnie skłoniło mnie do tych wszystkich przemyśleń. Po pierwsze kończy się Post, trwa Triduum Paschalne – przełomowy moment roku, koniec okresu zadumy i objawienie się wielkiej Tajemnicy Zbawienia, Coś, co skłania, a przynajmniej powinno skłaniać do refleksji nad sobą.
Po drugie pewna mądra osoba, która twierdzi, że uparcie dążę do jakiegoś celu, chciałbym wiedzieć do jakiego...
Tu pojawia się przypadkowo a zarazem nieprzypadkowo powód trzeci – pewien mądry facet, który mówił o innym mądrym facecie – Witkacym i tym co pokazywał.
Wszystko to skłoniło mnie do zastanowienia się nad tym gdzie ja właściwie jestem, czego chcę i dokąd zmierzam. Wnioskiem okazał się przykry fakt bycia wspomnianą na początku wydmuszką, ale po tym wszystkim co tu napisałem, chyba nie jest aż tak źle. Wydaje mi się, że są pewne rzeczy, które mogę sobie nadal stawiać za cel, nie wiem jak daleki, ale osiągalny przy odpowiedniej determinacji. Nie jestem pewien czy są one tym celem, który był powodem drugim, ale w jakiś sposób są w stanie nadać mi treść.
Wciąż pozostaje wiele otwartych dla mnie pytań i niejasności odnośnie samego siebie, ale jestem już w pełni świadom, że uciec się od nich nie da. Jedną z takich rzeczy jest ten cel, drugą stwierdzenie innej bardzo mądrej osoby, że jestem bardzo szczery, trzecią odwieczny głos w mojej głowie racjonalnie rozpatrujący rzeczywistość niezależnie od sytuacji, część mnie analizująca mnie nieustannie... Przede wszystkim jednak znów myślę, więc mogę być!