31 października 2009

O Warsztatach słów kilka, czyli coś, co miałem napisać miesiąc temu....

Z perspektywy czasu wygląda to nieco mniej ekscytująco, ale tylko dlatego, że emocje zdążyły już opaść. Zacznijmy jednak od początku, a dokładnie od tego jak zabrałem się za porywanie z motyką na Księżyc i całkiem nieźle mi się to udało. ;-]
Na wstępie tautologia – studia są czymś fajnym, zwłaszcza, gdy ma się na nich do czynienia z czymś takim jak Koło, dla niektórych sprawa oczywista, a dla innych coś w rodzaju idiomu języka chińskiego – rzecz, której nie jestem w żaden sposób sensownie wytłumaczyć i prób takich chwilowo się nie podejmuję, to trzeba poczuć na własnej skórze. Tyle odnośnie założeń o bytach mniej lub bardziej filozoficznych...
A wracając do tematu tego wpisu, to pora na jakiś sensowny początek. ;-p
Takoż pewnego słonecznego dnia, gdy wiedziałem już, ze na studiach będzie świetnie i jest co ze sobą zrobić, i jest to z kim robić, nie to o czym teraz myślicie świntuchy (to tylko do świntuchów), uznałem, że niezależnie od tego co stanie się w czerwcu we wrześniu będę na Warsztatach. Akurat podziało się nie najgorzej jak mogło, więc obyło się bez pewnej ekwilibrystyki z mojej strony, ale to akurat niezbyt istotna kwestia... W bojowym nastroju, jako Pierwszy Kolonialny Regiment Murzynów od Czarnej Roboty wyruszyłem do Krakowa, by sprostać nieoczekiwanym wyzwaniom, spojrzeć na nowe horyzonty i takie tam inne... A tak serio, to musiałem wstać przed piątą rano, piątą … Szczęście w nieszczęściu bus jechał szybko a kierowca chyba nawet słuchał Trójki, więc nie miałem ochoty zadusić go czymkolwiek. Wysiadłem i z niezbyt ciężkim plecakiem ruszyłem w poszukiwaniu Wydziału Chemii, który nawet nie ukrywał się długo. :-] Potem tylko wejść na drugie piętro i czekać na pozostałych.... I odprawa bojowa, czyli to, co tygryski lubią najbardziej...
Podział zadań jakoś się po mnie prześlizgnął i summa summarum nie miałem zbyt wiele do roboty.
Reszta soboty upłynęła na cięciu bloczków, jedzeniu pizzy i zabawie sprzętem wideo z mniej lub bardziej udanym skutkiem... ;-] Niedziela w teorii miała być nieco bardziej pracowita, ale w praktyce sprowadziła się do dalszej zabawy sprzętem wideo i kilku wycieczek na Bydgoską, ale to już w ramach relaksu. Poniedziałek składał się z jakiejś części oficjalnej, którą średnio pamiętam, a w głównej mierze z imprezy integracyjnej – gorący parkiet i taneczny szał w rytmach disco niemal do białego rana, to coś co trudno daje się zapomnieć. Szkoda tylko, że nie mogę znaleźć tych najfajniejszych zdjęć z imprezy... :-( Trudno. Reszta dni wyglądała w miarę podobnie – referaty (na większości nawet byłem, o ile miałem siłę, co w kilku przypadkach okazało się błędem – vide śmiertelnie nudny warszawiak mordujący technikaliami), jakaś lekka robota w przerwach (nawet nie wiem za co mi potem dziękowali, zasadniczo więcej zrobiłem robiąc zdjęcia (no dobra, może to trochę kokieteryjna skromność)...) i trochę integracji z ciekawymi ludźmi z Polski i zza granicy, tej dość bliskiej moim gustom, co najmniej kulinarnym i literackim, a może nie tylko...
Ze szczegółów warto nadmienić nasze bliskie spotkanie z krakowską drogówką po wieczorze gier – „trzy zero i go puścili...”, człowieka, który nic nie napisał na tablicy i nie miał żadnych slajdów, świetną sztukę w Teatrze Ludowym (będę robił im reklamę, bo naprawdę warto), wycieczkę na Nową Hutę oraz ogólną przyjazną atmosferę i mnóstwo świetnej zabawy.
A co z tego wyniosłem?
Jakieś 5kg ciastek, 30l kawy, herbaty i soków, znajomość z trójką bardzo, ale to bardzo sympatycznych Czechów, dwójką równie sympatycznych warszawiaków, dwójką ślązaków i chyba najsympatyczniejszym pracownikiem UŚ. Poza tym sporo doświadczeń w organizacji gigantycznych imprez, papier poświadczający moje uczestnictwo w (nie)całkiem poważnej konferencji naukowej, a przede wszystkim najlepiej spędzony tydzień w Krakowie jaki mnie spotkał. Na koniec, żeby nie było za dobrze – łyżka dziegciu, czyli odciski ;-p (Ostatni akapit jest przede wszystkim dla tych, którym nie chciało czytać się reszty).

Zatem jakby nie patrzeć – Warsztaty się opłacają!



17 września 2009

(Po)wakacyjne pitu pitu

Tego posta mogłem napisać ponad miesiąc temu, ale nawet tego zrobić mi się nie chciało...
Wakacje - dwa miesiące totalnego, absolutnego i przekraczającego wszelkie granice przyzwoitości nic nie robienia, stan cudownie bliski wegetacji, niezmuszający do praktycznie żadnego wysiłku intelektualnego.... Niemal wszelkie próby zrobienia czegokolwiek spełzły na niczym, ale nie potrafię na trzeźwo użalać się nad sobą, a w odmiennym stanie grawitacji zwykle nie jetem w stanie, tak...
Nie ma to jak dać upust masochistycznym instynktom poprzez publiczne samobiczowanie, które nie prowadzi do żadnych konstruktywnych wniosków i jest procederem samym w sobie żałosnym, a jakże... Więc pozwolę sobie do niego powrócić.
Wakacje zmarnowałem, wcześniej zmarnowałem większą część semestru olewając 'nudne' przedmioty, co zaowocowało bieganiną we wrześniu, więc dzieci, nie róbcie tego w domu, bo to głupie i niebezpieczne - jeszcze was ze studiów wywalą albo nabawicie się zgagi...
Ale wolne się skończyło i jak na razie nowy rok niesie trochę niespodzianek, np mój nowy plan zajęć.I po raz kolejny stawiam sobie ambitne cele, z okrzykiem "Zwycięstwo albo śmierć" spoglądając przed się... Co z tego wyjdzie? Nie wiem. Oby ten nowy rok i wam przyniósł nadzieję i pozwolił wykaraskać się z objęć marazmu, prokrastynacji i lenistwa. Bo Słońce świeci dla wszystkich, a czasem wygodniej jest w cieniu... ;-)

2 lipca 2009

Nowy post na lipiec ;-]

Jest lato, są wakacje (powiedzmy) i powinno być fajnie, a jest jak zwykle średnio :-]
Zacznijmy więc od tego czemu nie mam wakacji, właściwie to chyba na własne życzenie - cały semestr olewania algebry, nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu, i moje ogólne nieróbstwo zaowocowały w końcu tym, że moje niezwyczajne szczęście mnie opuściło i nie mam zalki z atla (to lenistwo) i mam poprawkę z liniowej (pech/zła karma), no a tak poza tym to mam wolne, przynajmniej dopóki czegoś nie znajdę (żądza pieniądza, nie ma co). A w praktyce i tak się obijam, czyli jest jak zwykle....
Koniec marudzenia, czas napisać coś, co pozytywnie nastroi czytelników ;-)
Takowoż kupiłem w końcu buty do szwendania się po górach, takie hi tech ful wypas, no i poszedłem je wypróbować. Niestety, przeceniłem swoje możliwości (i nogi) i było fajnie. Najpierw spokojne podejście na Błatnią (pod schroniskiem buty zaczęły mi dawać znać, że są nowe), potem płasko na Szyndzielnię i na dół, no i to już trochę bolało, zwłaszcza gdzy przy schodzeniu dopadła mnie ulewa, któa zmieniła się w grad wielkości grochu - całe szczęście, że miałem w plecaku parasol.
Dzięki otarciom i ulewie 5 godzinną trasę zrobiłem w 9, hurra :D I może tym pozytywnym akcentem skończę na dziś.
A propos gór - jacyś chętni na wyjście, raczej krótkie (2 dni)?

1 czerwca 2009

Piknik Naukowy Polskiego Radia Bis w Warszawie

Tytułowa impreza jest całkiem dobrą okazją, aby napisać tu coś nowego, takoż więc i czynię.

Prolog
Jako członek forpoczty naszej elitarnej drużyny wyruszyłem z Krakowa pociągiem o 12.00, jak to zwykle bywa nastąpiły drobne komplikacje w organizacji na wyższym szczeblu i mieliśmy miejsca stojące... Może to nie trzęsienie ziemi jak u Hitchcocka, ale całkiem ładna katastrofa. :-)
Później także było ciekawie - z Centralnego ruszyliśmy zabezpieczyć nasz obóz na Śliwicach - obiekt noclegowy z klasą - ściany z tektury, krzywe drzwi i klimat, którego może pozazdrościć niejeden ekskluzywny hotel. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy na miasto w celu poszukiwania amunicji (cukierków), które to poszukiwania zakończyliśmy sukcesem i małym piwem. Uzbrojeni i gotowi odebraliśmy resztę drużyny z dworca i spożywszy wieczerzę udaliśmy się na spoczynek.

Operacja Piknik
Szybkie śniadanie
...i do boju.












Najpierw rozłożyć rzeczy w namiocie, przygotować mapę, zająć stanowiska bojowe i po chwili oczekiwania nadchodzi pierwsza fala tubylczych zwiadowców. Z wolna okrążają nasz przyczółek, niepewni w zetknięciu z zachodnią cywilizacją, lecz oto wyłaniają się znajome twarze dwóch krajan przebywających w tych obcych stronach w celach badawczych. ;-p

















(Na zdjęciu Hans za jakimś dzieciakiem, a po lewej Racław).

A po krótkiej chwili nadciągnęły czarne chmury i lunęło jak diabli, więc musieliśmy szybko wciągać do środka to, co wystawało z namiotu, w dodatku przytłoczeni przez napierających Warszawiaków bez parasoli, którzy szybko zapełnili nasze stoisko. Niemałej radości przysporzyła nam przy okazji gigantyczna kałuża blokująca połowę wejścia oraz studzienka przy naszym stoisku, która dostarczyła nam niemało atrakcji węchowych... :-]

No, tak byłbym zapomniał, że oprócz ekspedycjonistów odwiedziła mnie dwójka znajomych tubylców...














(Bee i ja. Na tym zdjęciu nie wyszedłem kretyńsko, jakimś cudem.)

Trochę czekałem na to spotkanie, no i się pojawili moi internetowi znajomi. Krótki spacer na barbakan musiał wystarczyć za większą część spotkania, ale i tak było fajnie - anegdotki Owca niszczą i miażdżą niczym Bruce Banner, gdy robi się duży i zielony. Szkoda, że nie było więcej czasu na rozmowę, ale mam nadzieję, iż znów nadarzy się okazja, może tym razem w Krakowie.















(Ja i Makowiec - najbardziej awesome zdjęcie jakie posiadam)

Cała zabawa trwała jeszcze całkiem długo - stoisko zwinęliśmy o 20.00 .
Z rzeczy godnych nadmienienia to spożyliśmy jeszcze obiad w przytulnej i wartej polecenia restauracyjce, chyba wietnamskiej, albo chińsko-wietnamskiej, gdzieś na Nowym Mieście - całkiem przyjemne ceny jak na Warszawę, do tego miłą obsługa i przyjemna atmosfera -- trzeba będzie tam wrócić w przyszłym roku. :-)
Tak poza tym odwiedziło nas jeszcze kilkoro znajomych, ale niestety nie dali się sfotografować...

Epilog
Jeszcze przed 22.00 wróciliśmy na nasz nocleg, gdzie "wieczór" spędziliśmy na grze w kalambury i psychologa. Rano po szybkim śniadaniu wpakowaliśmy się do pociągu o 8.00 - tym razem miejsca był siedzące, ba mieliśmy cały przedział dla siebie - i po krótkiej grze w blefa zgadywaliśmy przez dwie godziny hasła.
Podsumowując - strat w ludziach i sprzęcie nie było, impreza się udała, tubylcy byli zadowoleni, a ja spotkałem kilkoro znajomych, których nie widziałem/widziałem bardzo dawno. Zatem pozytywnie i mam nadzieję, że w przyszłym roku również uda mi się pojechać na Piknik, tym optymistycznym akcentem kończę. :-)

24 maja 2009

Po co to wszystko?

Tak. Zastanawiacie się teraz zapewne po co mi blog? No cóż, sam właściwie nie jestem pewien, ale podstawowym powodem jest chyba chęć poćwiczenia sobie pisania, bo na studiach jakoś nie ma ku temu okazji... Sam chciałem, w sumie też wcześniej jakoś nie było o czym pisać. Chyba tyle tytułem wstępu, przejdźmy zatem do czegoś konkretniejszego, np rzeczywistości.

Generalnie powinienem ryć jak głupi do jutrzejszego kolokwium - algebra, brrr - ale wyszło jak zwykle: muzyka, głupie gry, fora, komiksy - standardowe pożeracze czasu. Jedynym pocieszeniem było pudełko lodów bakaliowych, które zadomowiły się w mych trzewiach, ale niewielka to pociecha w obliczu nadchodzącej apokalipsy...
Moje lenistwo po prostu nie zna granic i po raz kolejny stwierdzam, że potrzebuję kogoś, kto kopnąłby mnie w dupę i powiedział "Do roboty".
W sumie to jest nawet kilka takich osób, ale zwykle nie znajdują się dość blisko, by działać, gdy zachodzi taka potrzeba. Taaa.... Nawet nie stać mnie w tej chwili na jakiś bardziej elokwentny komentarz...
Chyba tyle jak na pierwszy raz.

A tak z innej beczki, nie mam pomysłu na sensowny tytuł, więc jeśli ktoś będzie miał jakiś rozsądny pomysł nie obrażę się za umieszczenie go w komentarzach.