Myślenie. Myślenie w moim przypadku bywa problemem – ja albo myślę za dużo albo za mało. Rzadko zdarza mi się myśleć w sam raz. Na ogół tępo obserwuję rzeczywistość lub zagłębiam się w zbyt filozoficzne w swej naturze rozważania, ciężko mi się skupić na pracy, skaczę z tematu na temat, stąpam po płyciznach nie wymagających wysiłku ani zbytniego wgłębiana się, a gdy nie mam wyboru staram się znaleźć jakąś wygodną wymówkę do zamaskowania swojego lenistwa. Zabawne jak trudno zauważyć takie rzeczy żyjąc po prostu z dnia na dzień, wypełniając chwile drobnymi przyjemnościami lub po prostu tępo wpatrując się w ekran. Hedonizm w najczystszej postaci, zero wysiłku, zero nieprzyjemności, brak drobnych celów i tona wymówek. Stan wegetatywny. Do tego generalnie prowadzi niemyślenie. Z kolei przesadne zadumanie sprowadza się do starego powiedzenia, że „drzewa przesłaniają las”. Nie pierwszy raz dochodzę do tego wniosku, no właśnie... Gubi mnie chyba to, że nie mam na ogół planu w szerszej skali taktycznej. Mam bardzo ogólne cele, które chciałbym osiągnąć, gdy się czymś zajmuję umiem szybko opanować sytuację, ale marnie idzie mi w średniej skali, na ogół rzucam się na żywioł, albo poświęcam czas czemuś nieistotnemu. Gubi mnie spontaniczność, która za często wkrada się tam, gdzie powinien tkwić rygor i samodyscyplina. Nieraz sporo zyskuję na takich irracjonalnych zachowaniach, ale tracę dużo gdzie indziej, niestety to nie jest obstawianie katastrof, to raczej czysty chaos.
Wszystko we wszechświecie dąży do stanu jak najniższej energii, entropia, przynajmniej tak mnie kiedyś uczyli w szkole. Zabawne jak ta idea sprawdza się w ekonomii. Ja natomiast osiągnąłem stan, w którym muszę włożyć sporo pracy by coś zmienić, co jest działaniem przeciwnym względem ogólnego biegu rzeczywistości, jak zresztą niemal wszystkie działania ludzkości odkąd istnieje jakakolwiek cywilizacja. „Módl się i pracuj” – tak niewspółczesne a zarazem tak współczesne hasło, które wyraża ideę tego przeciwstawienia się naturze, tej bezsensownej, przynajmniej w bardzo szerokiej perspektywie, walki. Przeciwstawnia wewnętrznego, przeciwstawienia się własnej naturze i prymitywnym instynktom oraz zewnętrznego – przekształcania i budowania świata, tworzenia rzeczy nieistniejących, tworzenia samych nawet idei i abstraktów. Ciekawe, że motorem tego wszystkiego jest banalne lenistwo, przynajmniej od pewnego momentu i też do pewnej granicy, po przekroczeniu której znów wracamy do rytmu wszechświata. Życie lubi zataczać kręgi, wszytko prędzej czy później powraca, w tej czy innej formie, a my tylko drepczemy w kółko. Teraz postrzegamy czas liniowo, zagubiliśmy ten kołowy rytm, który wyczuwali nasi przodkowie i wyczuwają jeszcze „ludy pierwotne”, a być może tak na prawdę jest on wielką sinusoidą, jest jednym i drugim, choć nie jesteśmy w stanie tego dostrzec, tak jak nie jesteśmy w stanie stwierdzić czy jest on ciągły, czy jest tylko ciągiem postrzeganych chwil.
Czas dla mnie, poza byciem dobrym pretekstem do takich rozważań, jest przede wszystkim czymś, czym bardzo rzadko gospodaruję efektywnie. Za często poddaję się różnym humorom, od melancholii, przez znudzenie i autodestrukcyjny nihilizm po euforyczne fascynacje grami, muzyką czy przyjemną lekturą. Na wszystko to znajduję czas, a nie mam go na pracę, nie mam go na monotonię, nie mam go na wysiłek. W jakiś niezbadany dla mnie sposób straciłem przyjemność pracy i myślenia, to umiłowanie wiedzy, które napędzało mnie przez kilka ostatnich lat. Wiem co chciałbym osiągnąć, mam jakieś zainteresowania, ale praca nad pogłębianiem większości mojej wiedzy nie sprawia mi przyjemności, ba staje się nieraz przykrym wysiłkiem, co sprawia, że bywa ona czynnością wielce odstręczającą. Nie umiem pokonać tkwiącego we mnie umiłowania własnej wygody, co w tej kwestii byłoby wielce pomocne. Rozwiązaniem być może solidne i rygorystyczne planowanie i przede wszystkim trzymanie się tych planów, może nie dzięki motywacji a sztucznie stworzonemu przyzwyczajeniu, które wszak jest drugą naturą człowieka. Zatem witajcie tabelki i schematy pracy, żegnaj wygodny marazmie!
25 lipca 2010
Notka wakacyjna #2
Deszcz, w końcu przyszedł deszcz i zmył upał – coś niebywale przyjemnego w swej prostocie. Pogoda, coś co po prostu jest, na co nie mamy zazwyczaj większego wpływu, a jednak potrafi szalenie irytować lub też sprawiać radość. Mnie na ogół nie przeszkadza, chyba, że przez dłuższy czas jest gorąco lub jest gorąco i wilgotno, bo co jak co, ale wolę jednak skwar niż duszne piekło. Przede wszystkim jednak nie znoszę monotonii – bezchmurne niebo przez ponad tydzień nuży mnie, podobnie stalowy odcień chmur.
Lubię deszcz, zazwyczaj deszcz oznacza jakąś ciekawą zmianę, a zdecydowanie oznacza brak skwaru. Deszcz niesie pewien przyjemny rodzaj melancholii, można po prostu stać przed oknem z kubkiem dobrej herbaty i sobie powzdychać. Można popracować, można z kimś pogadać przez telefon, a można też posiedzieć w jakimś barze. Deszcz zawsze daje wygodny pretekst. Można też skakać po kałużach, śpiewać i cieszyć się każdą padającą na twarz kroplą. Dla każdego coś się znajdzie. To tylko kilka powodów, dla których lubię deszcz, przynajmniej tych bardziej racjonalnych. Nic oprócz dnia pełnego wysiłku nie pozwala spać tak dobrze jak solidna burza za oknem. Deszcz uspokaja, pozwala spojrzeć na pewne rzeczy inaczej, ale potrafi być męczący, co pokazał mi w maju. W sumie to nie sam deszcz był męczący, ale bardziej podniesiona Wisła, panika, ewakuacje i podtopienia. Sam deszcz był tylko monotonny.
Lubię deszcz, zazwyczaj deszcz oznacza jakąś ciekawą zmianę, a zdecydowanie oznacza brak skwaru. Deszcz niesie pewien przyjemny rodzaj melancholii, można po prostu stać przed oknem z kubkiem dobrej herbaty i sobie powzdychać. Można popracować, można z kimś pogadać przez telefon, a można też posiedzieć w jakimś barze. Deszcz zawsze daje wygodny pretekst. Można też skakać po kałużach, śpiewać i cieszyć się każdą padającą na twarz kroplą. Dla każdego coś się znajdzie. To tylko kilka powodów, dla których lubię deszcz, przynajmniej tych bardziej racjonalnych. Nic oprócz dnia pełnego wysiłku nie pozwala spać tak dobrze jak solidna burza za oknem. Deszcz uspokaja, pozwala spojrzeć na pewne rzeczy inaczej, ale potrafi być męczący, co pokazał mi w maju. W sumie to nie sam deszcz był męczący, ale bardziej podniesiona Wisła, panika, ewakuacje i podtopienia. Sam deszcz był tylko monotonny.
Notka wakacyjna
Zabawne jak bardzo czasem nasze postrzeganie zależy od skali miejsca w którym aktualnie się znajdujemy. 2 km to tak na prawdę bardzo niewiele – 20 min marszu niezbyt szybkim krokiem, ale w niewielkiej, podupadającej wiosce wydaje się sporym dystansem. Być może to kwestia postrzegania poprzez otoczenie, jeśli widzimy jedną, główną ulicę i niewiele poza nią – niska zabudowa, pojedyncze domy, to niejako wszystko oddala się i rozciąga, staj bardziej „horyzontalne”. Odwrotnie w dużym mieście, nawet przy niewysokiej zabudowie odległość traci poniekąd na znaczeniu, staje się rzeczą mniej istotną od czasu, choćby ze względu na powszechność transportu zbiorowego, ale też przez to, że nie odczuwa się tego jednego dominującego kierunku, jest się otoczonym domami, innymi ludźmi. Zupełnie zgoła inaczej jest znów w górach – tam ani odległość ani czas nie mają tak wielkiego znaczenia, podstawową rzeczą jest zmęczenie i piękno, czas odlicza się dniami, a odległość możliwością noclegu – sytuacja idealna, przynajmniej jeśli idzie o wypoczynek.
Jakoś przestałem ostatnio lubić rodzinne wakacje w coraz bardziej zapadłej wiosce mojej babci – nie ma tu nic do roboty, choć teoretycznie powinienem skupić się na wysiłku intelektualnym, to upalne lato nie ułatwia mi tego na tym dobrowolnym wygnaniu, gdzie miałem zapomnieć o trapiących mnie wytworach mojej głupoty i zająć się pracą. Generalnie pogoda jest z lekka dobijająca, choć nie ma na mnie aż takiego wpływu jak w latach ubiegłych – 38 stopni i nie próbuję chować się pod ziemię, choć niewątpliwie nie są to warunki komfortowe... Tak więc samotna wieś mnie nudzi, podobnie pobliskie miasto, rodzinne spotkania są raczej nudne lub irytujące – brak tematów do rozmowy, zbywanie głupich uwag i idiotycznych pytań tudzież wysłuchiwanie plotek, które kompletnie mnie nie interesują, bo po protu nie mam pojęcia kogo dotyczą – jednym słowem cudnie.
Pobliskie miasta nie są wcale lepsze od zapadłej wioski – nie ma tam praktycznie nic prócz marketów, chociaż Legnica była niegdyś potężnym ośrodkiem handlowym, stolicą potężnego piastowskiego księstwa, to teraz jest dziurą, zapadłą i resztkami sił próbującą podnieść się z upadku, jednak moim zdaniem bezskutecznie. Mniejszy, powiatowy Jawor o dziwo trzyma się lepiej, ale to po prostu chyba kwestia skali – mniejsza wysokość – mniejszy upadek – jest chociaż targ i całkiem ciekawy rynek, czasem Targi Chleba. Brak wielkich oczekiwań nie rodzi wielkiego rozczarowania.
Apropos miast, to studia w Krakowie powodują we mnie pewne rozdarcie – Bielsko wydaje mi się nieco ciasne, pustawe, choć mam tam czasem z kim pogadać, czasem uda mi się zjechać ze znajomymi z liceum, czy po prostu wpaść do którejś z moich szkół. Za to chleb jest drogi, komunikacja miejska irytująca, co zresztą jest tematem na całkiem spory artykuł dotyczący chamstwa i nieprofesjonalizmu. Kraków ma ohydną wodę, nie ma gór, no i nie udało mi się jeszcze znaleźć mojej ulubionej herbaty, ba nawet wybór herbat w Tesco ostatnio się pogorszył, a tak się cieszyłem na początku na półki pełna Ahmada i Twinningsa, cóż... Tak się zastanawiam, gdzie będzie mi lepiej i nie jestem w stanie zdecydować – jedno i drugie ma swoje wady i zalety, chociaż niektóre wartościuję zdecydowanie irracjonalnie (woda, na Thora, ta woda jest straszna, czasem znośna, ale raczej straszna), więc nie wiem co postanowię za kilka lat, gdy przyjdzie mi tą decyzję podjąć...
Wracając do mojej rodziny, to czasem przebywanie z nimi przez dłuższy czas wywołuje we mnie wrażenie głębokiej mizantropii, choć na ogół nie uważam się za mizantropa. W sumie zastanawia mnie, co na ten temat miałaby do powiedzenia jedna z moich przyjaciółek, to mogłoby być interesujące lub nader spodziewane, tak, to mogłoby być nader spodziewane, przynajmniej w tej kwestii... Czasem mam, zapewne mylne, wrażenie, że zasadnicza część mojej rodziny składa się z samych nieudaczników lub nudziarzy – wiecznie narzekają, sprawiają wrażenie niezadowolenia swoim losem i kompletnego braku chęci zmian, co chyba jest jakimś uwarunkowaniem genetycznym, a przynajmniej przenosi się dość łatwo przez kontakt bezpośredni, bo sam miewam takie stany, na szczęście niezbyt często, lub zwyczajnie przynudzają, co nie jest tragiczne, choć bywa męczące. Oprócz tego trafiają się totalne ciapciaki, przynajmniej w pewnych kwestiach, zabawne jak szybko można ludzi oceniać na podstawie drobnostek, ale cóż, życie jest okrutne a ludzie wredni albo głupi, ech ta mizantropia...
Okiem nieco postronnego obserwatora w retrospektywie zauważam, że tracę kontakt z rodziną – praktycznie nie rozmawiam z tymi kuzynami, z którymi kiedyś spędzałem pół wakacji, drogi się rozchodzą, w innych irytują mnie wady, które do tej pory mnie nie ruszały, prawie z nikim nie mam wspólnych tematów rozmowy, bo wszyscy są albo za starzy, albo za mali, albo moim zdaniem przestali być zdatni do rozmowy ze względu na ogłupienie wieku młodzieńczego – pod pewnymi względami przypominają mi irytujących sąsiadów z akademika, z resztą rodziny kontaktu prawie nie utrzymywałem i w sumie jakoś mi nie robią, nigdy nie robili. Czy jestem dupkiem? Jakoś się nim nie czuję. Czy powinienem? Nie wiem, choć wydaje mi się, że nie...
Chyba znakiem czasów jest ten zanik więzi plemiennych, czynimy członkami naszego stada coraz bardziej oddalonych od nas genetycznie ludzi, jednakże zazwyczaj ludzi bliskich w jakiś bardziej racjonalny sposób – czy to przez wspólne zainteresowania, czy pewien sposób bycia – zazwyczaj istnieje jakiś element wspólny, bywa, że banalny, ale jednak. Czasem łączy jakiś wspólny cel, jakaś idea, coś większego, i nie chodzi mi o jakieś propagandowe banały czy tzw. „Wartości”, ale o rzeczy proste, jak np. Koło, które jest dla mnie nadal ideą unikatową, zresztą mój wydział jest dość dziwny względem tego, co słyszę od znajomych studiujących na innych. Znowu dobiłem do mojej codzienności, w sumie do jedynego kawałka, w którym wykazuję jakąś większą aktywność, choć ostatnio i tam zaglądał marazm, a przede wszystkim spychologia stosowana.
Wracając jednak do wakacji to pogoda jednak mnie męczy, choć nie w tak bezpośredni i oczekiwany sposób – męczą mnie noce – duszne, parne i pełne insektów, choć są jedynym momentem wytchnienia od palącego słońca, które męczy tak czy siak, ale jednak nie mam natychmiast ochoty zakopać się pod ziemię. Mam nadzieję, że pogoda poprawi się w końcówce lipca i będę mógł wybrać się na trochę w góry i na tej optymistycznej myśli o pogodzie zakończę, zanim zacznę kręcić się w kółko.
Jakoś przestałem ostatnio lubić rodzinne wakacje w coraz bardziej zapadłej wiosce mojej babci – nie ma tu nic do roboty, choć teoretycznie powinienem skupić się na wysiłku intelektualnym, to upalne lato nie ułatwia mi tego na tym dobrowolnym wygnaniu, gdzie miałem zapomnieć o trapiących mnie wytworach mojej głupoty i zająć się pracą. Generalnie pogoda jest z lekka dobijająca, choć nie ma na mnie aż takiego wpływu jak w latach ubiegłych – 38 stopni i nie próbuję chować się pod ziemię, choć niewątpliwie nie są to warunki komfortowe... Tak więc samotna wieś mnie nudzi, podobnie pobliskie miasto, rodzinne spotkania są raczej nudne lub irytujące – brak tematów do rozmowy, zbywanie głupich uwag i idiotycznych pytań tudzież wysłuchiwanie plotek, które kompletnie mnie nie interesują, bo po protu nie mam pojęcia kogo dotyczą – jednym słowem cudnie.
Pobliskie miasta nie są wcale lepsze od zapadłej wioski – nie ma tam praktycznie nic prócz marketów, chociaż Legnica była niegdyś potężnym ośrodkiem handlowym, stolicą potężnego piastowskiego księstwa, to teraz jest dziurą, zapadłą i resztkami sił próbującą podnieść się z upadku, jednak moim zdaniem bezskutecznie. Mniejszy, powiatowy Jawor o dziwo trzyma się lepiej, ale to po prostu chyba kwestia skali – mniejsza wysokość – mniejszy upadek – jest chociaż targ i całkiem ciekawy rynek, czasem Targi Chleba. Brak wielkich oczekiwań nie rodzi wielkiego rozczarowania.
Apropos miast, to studia w Krakowie powodują we mnie pewne rozdarcie – Bielsko wydaje mi się nieco ciasne, pustawe, choć mam tam czasem z kim pogadać, czasem uda mi się zjechać ze znajomymi z liceum, czy po prostu wpaść do którejś z moich szkół. Za to chleb jest drogi, komunikacja miejska irytująca, co zresztą jest tematem na całkiem spory artykuł dotyczący chamstwa i nieprofesjonalizmu. Kraków ma ohydną wodę, nie ma gór, no i nie udało mi się jeszcze znaleźć mojej ulubionej herbaty, ba nawet wybór herbat w Tesco ostatnio się pogorszył, a tak się cieszyłem na początku na półki pełna Ahmada i Twinningsa, cóż... Tak się zastanawiam, gdzie będzie mi lepiej i nie jestem w stanie zdecydować – jedno i drugie ma swoje wady i zalety, chociaż niektóre wartościuję zdecydowanie irracjonalnie (woda, na Thora, ta woda jest straszna, czasem znośna, ale raczej straszna), więc nie wiem co postanowię za kilka lat, gdy przyjdzie mi tą decyzję podjąć...
Wracając do mojej rodziny, to czasem przebywanie z nimi przez dłuższy czas wywołuje we mnie wrażenie głębokiej mizantropii, choć na ogół nie uważam się za mizantropa. W sumie zastanawia mnie, co na ten temat miałaby do powiedzenia jedna z moich przyjaciółek, to mogłoby być interesujące lub nader spodziewane, tak, to mogłoby być nader spodziewane, przynajmniej w tej kwestii... Czasem mam, zapewne mylne, wrażenie, że zasadnicza część mojej rodziny składa się z samych nieudaczników lub nudziarzy – wiecznie narzekają, sprawiają wrażenie niezadowolenia swoim losem i kompletnego braku chęci zmian, co chyba jest jakimś uwarunkowaniem genetycznym, a przynajmniej przenosi się dość łatwo przez kontakt bezpośredni, bo sam miewam takie stany, na szczęście niezbyt często, lub zwyczajnie przynudzają, co nie jest tragiczne, choć bywa męczące. Oprócz tego trafiają się totalne ciapciaki, przynajmniej w pewnych kwestiach, zabawne jak szybko można ludzi oceniać na podstawie drobnostek, ale cóż, życie jest okrutne a ludzie wredni albo głupi, ech ta mizantropia...
Okiem nieco postronnego obserwatora w retrospektywie zauważam, że tracę kontakt z rodziną – praktycznie nie rozmawiam z tymi kuzynami, z którymi kiedyś spędzałem pół wakacji, drogi się rozchodzą, w innych irytują mnie wady, które do tej pory mnie nie ruszały, prawie z nikim nie mam wspólnych tematów rozmowy, bo wszyscy są albo za starzy, albo za mali, albo moim zdaniem przestali być zdatni do rozmowy ze względu na ogłupienie wieku młodzieńczego – pod pewnymi względami przypominają mi irytujących sąsiadów z akademika, z resztą rodziny kontaktu prawie nie utrzymywałem i w sumie jakoś mi nie robią, nigdy nie robili. Czy jestem dupkiem? Jakoś się nim nie czuję. Czy powinienem? Nie wiem, choć wydaje mi się, że nie...
Chyba znakiem czasów jest ten zanik więzi plemiennych, czynimy członkami naszego stada coraz bardziej oddalonych od nas genetycznie ludzi, jednakże zazwyczaj ludzi bliskich w jakiś bardziej racjonalny sposób – czy to przez wspólne zainteresowania, czy pewien sposób bycia – zazwyczaj istnieje jakiś element wspólny, bywa, że banalny, ale jednak. Czasem łączy jakiś wspólny cel, jakaś idea, coś większego, i nie chodzi mi o jakieś propagandowe banały czy tzw. „Wartości”, ale o rzeczy proste, jak np. Koło, które jest dla mnie nadal ideą unikatową, zresztą mój wydział jest dość dziwny względem tego, co słyszę od znajomych studiujących na innych. Znowu dobiłem do mojej codzienności, w sumie do jedynego kawałka, w którym wykazuję jakąś większą aktywność, choć ostatnio i tam zaglądał marazm, a przede wszystkim spychologia stosowana.
Wracając jednak do wakacji to pogoda jednak mnie męczy, choć nie w tak bezpośredni i oczekiwany sposób – męczą mnie noce – duszne, parne i pełne insektów, choć są jedynym momentem wytchnienia od palącego słońca, które męczy tak czy siak, ale jednak nie mam natychmiast ochoty zakopać się pod ziemię. Mam nadzieję, że pogoda poprawi się w końcówce lipca i będę mógł wybrać się na trochę w góry i na tej optymistycznej myśli o pogodzie zakończę, zanim zacznę kręcić się w kółko.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)