Zadziwiające jak wiele idiotycznych myśli kłębi się w głowie i jak wiele sztucznie wydumanych problemów człowiek ma, gdy przestaje być obojętnym dupkiem i zaczyna układać sobie świat według zupełnie innego schematu niż uprzednio. A no i nie zapominajmy o dumaniu nad nonsensownym dumaniem - meta-warstwa umysłu zagłębia się jeszcze bardziej w to wszystko... Błędne koło, nie? Wydaje mi się jednak, że bez kawałka tej gmatwaniny czegoś by mi brakowało, chociaż za dużo jej ostatnio, a ja sam za bardzo się w tym wszystkim plątam, zamiast skupiać się na pracy. Nikt jednak nie obiecywał, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie, taaa...
Na co chciałem dziś ponarzekać? W sumie to raczej pomarudzić, ze smutno mi na świecie i znowu jestem samotny wśród ludzi - są ze 4 osoby z którymi jestem w stanie całkiem szczerze i otwarcie porozmawiać, no w sumie 2, bo ja bardzo wolno się otwieram i na ogół unikam konkretów, bo nie lubię męczyć innych moimi zmyślonymi problemami skoro sam nie potrafię sobie z nimi poradzić... I przez te wydumane i sztuczne problemy, które sam tworzę, gapię się smutno w okno i wzdycham. No może nie są to aż tak sztuczne i wydumane twory, ale wpędzają mnie w deszczowo-liryczny nastrój.
Początkowo miało być o melancholii, ale jakoś tak kształtuje mi się ten strumień świadomości, że nie zmierza w tym kierunku, a raczej oddala się w inne rejony.
Generalnie we wszystkim najgorzej jest zacząć, a mnie tak bardzo nie chce się do niczego konkretnego zabierać, że nie wiem co ze sobą zrobić i tu chyba leży pies pogrzebany (i śmierdzi skubaniec jak cholera). Najchętniej kopnąłbym się w takich momentach w twarz, ale potem mi się odechciewa i na ogół twórcze lenistwo przeobraża się w marazm, paskudna sprawa jak już się w tym utknie - zupełnie jak ja.
Wracając do moich problemów komunikacyjnych to też chodzi głównie, o to, ze nie wiem jak poradzić sobie z początkiem, a jak już jakoś nad nim przebrnę to na ogół zapominam o co mi chodziło, albo nadziewam się na coś czego nie umiem zrozumieć, głównie przez te moje wydumane sztuczne twory w głowie. Jakby nie patrzeć to jest trudno, ale przecież mogłoby być gorzej, przecież mógłbym się obudować jeszcze bardziej i w ogóle nie próbować wyłazić na zewnątrz - i skończyć jak Pink... Ciekawe, że jak mam depresyjny nastrój słucham jeszcze bardziej depresyjnej, ciężkiej i intelektualnie wymagającej a zarazem wyniszczającej muzyki.
Jakby ktoś chciał mi zasadzić kopa w kierunku pracy ot zachęcam, a jeszcze chętniej z kimś bym pogadał, z kimś konkretnym, kto może znajdzie dość czasu, żebym pozbierał ot co mam w głowie i wylał z siebie, może bardzie uporządkowane niż ten strumień świadomości i ględzenia, który jest tanią namiastką katharsis z domieszką samobiczowań i mentalnego masochizmu (nie ma to jak odrobina sarkazmu na deser, nie?). Także jeśli znajdziecie dla mnie czas to będzie miło, wiecie gdzie mnie szukać jakby co, a i tak fajnie, że jesteście. (taka mała dedykacja dla tej 4)
13 maja 2010
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)