3 czerwca 2011

Jestem człowiekiem, który dobrze zna Warszawę (LOL)

Trzeci raz pojechałem na Piknik Naukowy Polskiego Radia i Centrum Nauki Kopernik. I tym razem było wyjątkowo zabawnie. Na pociąg ledwo zdążyłem i załapałem się podobnie jak dwa lata temu na miejsce stojące, tym razem jednak nie na korytarzu, a w przedziale dla rowerów.
Podróż upłynęła na plotkach, graniu w pokazywanie haseł i zdupconą grę z pytaniami (to miało jakąś nazwę?) Pociąg przyjechał w miarę planowo, a potem były 3 godziny na Centralnym - zakupki, sikanie i szukanie transportu, bo jedyny tramwaj pod nosem nie jeździ ze względu na objazdy. No i miasto było obstawione smerfami, bo przyjechał "śmierdzący czarnuch". Tak poza tym liczyłem, że dojazd ktoś ogarnie dzień przed. Cóż, znaleźliśmy może nie optymalny, ale jakiś dojazd. Potem była wyprawa po wino i znów zgadywanie.

Dzień właściwy

Czyli śniadanko, Animki na Polsacie i szybko na tramwaj. A potem seria głupich zdjęć pod Ministerstwem Rolnictwa.
Spacerek przez Wspólną, jakiś fajny beat z restauracji i bliska śmierć pod kołami kolumny pancernej (4 radiowozy, samochód BORu z wystawiającym głowę brunet-tuskiem i jakieś limo) na pasach na Placu Trzech Krzyży. Potem się rozkładamy i jedziemy z robotą, ludzi jak zwykle sporo. A, po drodze było jeszcze błaźnienie się na żywo w radiu.
Potem obiad w tej samej Chińsko-Wietnamskiej knajpie co rok wcześniej - bardzo przyjemnie i z zabawnymi widokami - 10 suk po drugiej stronie placu, 30 policjantów w strojach pacyfikacyjnych na spacerku, no i cały plac obstawiony. Impreza w tym roku dłuższa, bo były jakieś vipy, których ja nie widziałem, z vipów widziałem chyba tylko prof. Marciniaka, ale on był duuużo wcześniej, jeszcze przed obiadem. Było spokojnie i duuuużo mniej dziadków twierdzących, że lepiej wiążą krawaty niż w Krakowie. Potem była wycieczka pod Sejm i robienie głuupich zdjęć pod każdą ścianą.

I powrót mocno okrężną trasą, jakieś 4 km niepotrzebnej drogi sporym łukiem na Plac Zbawiciela. A potem tramwaj. I jako jedyny pomyślałem o śniadaniu, co skończyło się tym, ze jako dobrze znam Warszawę (*odgłosy umierania ze śmiechu*), szybko znalazłem na mapie galerię handlową blisko torów, jestem chyba w czepku urodzony, bo była i zdążyłem 15 min przed zamknięciem przebiec przez całą i zrobić zakupy. Zobaczyłem rodowitych Prażan, ze starej Pragi i to było fajne, szkoda, ze było późno i nie było czasu żeby obejrzeć cerkiew, bo odkąd pamiętam to jest coś, co mnie w Warszawie ciekawiło, ta duża cerkiew na Pradze.
Potem był after, długi after. Dwie godziny snu, śniadanie, łapanie tramwaju i mój powrót do Krakowa.
Morał z tego taki, ze wystarczy pamiętać coś dłużej niż 5 min. i umieć posługiwać sie mapą, żeby dobrze znać Warszawę (LOL)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz