Deszcz, w końcu przyszedł deszcz i zmył upał – coś niebywale przyjemnego w swej prostocie. Pogoda, coś co po prostu jest, na co nie mamy zazwyczaj większego wpływu, a jednak potrafi szalenie irytować lub też sprawiać radość. Mnie na ogół nie przeszkadza, chyba, że przez dłuższy czas jest gorąco lub jest gorąco i wilgotno, bo co jak co, ale wolę jednak skwar niż duszne piekło. Przede wszystkim jednak nie znoszę monotonii – bezchmurne niebo przez ponad tydzień nuży mnie, podobnie stalowy odcień chmur.
Lubię deszcz, zazwyczaj deszcz oznacza jakąś ciekawą zmianę, a zdecydowanie oznacza brak skwaru. Deszcz niesie pewien przyjemny rodzaj melancholii, można po prostu stać przed oknem z kubkiem dobrej herbaty i sobie powzdychać. Można popracować, można z kimś pogadać przez telefon, a można też posiedzieć w jakimś barze. Deszcz zawsze daje wygodny pretekst. Można też skakać po kałużach, śpiewać i cieszyć się każdą padającą na twarz kroplą. Dla każdego coś się znajdzie. To tylko kilka powodów, dla których lubię deszcz, przynajmniej tych bardziej racjonalnych. Nic oprócz dnia pełnego wysiłku nie pozwala spać tak dobrze jak solidna burza za oknem. Deszcz uspokaja, pozwala spojrzeć na pewne rzeczy inaczej, ale potrafi być męczący, co pokazał mi w maju. W sumie to nie sam deszcz był męczący, ale bardziej podniesiona Wisła, panika, ewakuacje i podtopienia. Sam deszcz był tylko monotonny.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
jezuuuu... trzeba Ci zabronić używania słów "monotonia", "nuda", "marazm" i "męczący"
OdpowiedzUsuń